Radość prawdziwa

Miałam ostatnio okazję uczestniczyć w kilku imprezach – rodzinnych i przyjacielskich, zarówno bardziej radosnych jak i mniej. A to urodziny taty, a to brata, a to jakieś wesele, a to świąteczne spotkania czy inne jakieś mniej lub bardziej planowane okazje. I tym, co wzbudziło we mnie refleksje, to różnica w odczuwaniu radości, przyjemności, zadowolenia, szczęścia, czy nawet zwykłego poczucia humoru. Nie zawsze śmieszyło mnie to, co śmieszyło innych. Nie zawsze przynosiło mi radość to, co członkom mojej rodziny. I czasami patrzyłam się na nich, wprawdzie uśmiechnięta, jak oni (tak towarzysko), ale w środku jakoś obca, jakbym była z „innej bajki”, zastanawiając się, co ich tak właściwie śmieszy, albo co w tym, czy w tamtym jest takiego radosnego.

Można powiedzieć: i cóż w tym nadzwyczajnego? Przecież radość, zadowolenie to uczucia subiektywne i każdy może mieć różne odczucia w tych dziedzinach. To, co jednej osobie wydaje się śmieszne, czy też przynosi jakąś radość, niekoniecznie musi być tak samo śmieszne czy radosne dla innych osób.

Owszem, sęk w tym, iż patrząc na ich twarze, słuchając rozmów, żartów, obserwując zabawy, które im uprzyjemniały czas, zdałam sobie sprawę, że jeszcze kilkanaście lat temu śmiałam się z tych samych rzeczy, podobnie spędzałam czas, zadowalały mnie podobne formy rozmów czy rozrywki i moje pojęcie radości, przyjemności, zadowolenia czy szczęścia niewiele się różniło od tych, które teraz obserwowałam.

A zatem co się zmieniło w tym czasie, że dziś nie potrafię cieszyć się z tych samych rzeczy, co niegdyś, tak jak większość moich bliskich oraz znajomych?

Kilkanaście lat temu poznałam, doznałam, doświadczyłam tego, czym jest PRAWDZIWA radość i PRAWDZIWE szczęście. I gdy tego doświadczyłam, moje życie, moje priorytety, moje poczucie zadowolenia uległo całkowitej rewolucji. Tak jak blask świeczki blednie przy świetle słońca, tak to, co do tej pory wydawało mi się fajne, super, co sprawiało mi przyjemność, teraz nikło w blasku uczucia PRAWDZIWEJ RADOŚCI, jakiego zaczęłam doznawać.

Gdy dostaniesz do dyspozycji pałac, nie zadowoli cię mieszkanie M2 w blokowisku.

Gdy możesz jeździć porsche, nie zamienisz go na rozwalającego się Fiata 126p.

Gdy poznałeś smak prawdziwej czekolady, wyrób czekoladopodobny rodem z PRL będzie budził w tobie mdłości. Itd.

Zawsze, gdy poznajemy, czy posiądziemy coś lepszego, wartościowszego, to co do tej pory nas zadowalało, satysfakcjonowało, traci swój blask. I tak było w moim przypadku.

Co takiego doznałam, że moje pojmowanie radości uległo tak radykalnej przemianie?

Kilkanaście lat temu w świadomy sposób zdecydowałam się w prostej modlitwie powierzyć swoje życie Bogu i poprosiłam, by Jezus odtąd kierował moim życiem i był w nim obecny. Zrozumiałam, że moje życie bez Niego jest tak naprawdę puste, a wszystko to, co je wypełnia, to tylko substytuty szczęścia, bo prawdziwe szczęście mogę mieć tylko z Nim.

To, czego zaczęłam doświadczać w moim życiu po tej modlitwie, trudno jest wyrazić słowami, gdyż tak naprawdę każdy musi przeżyć osobiście spotkanie z Jezusem, by wiedzieć o czym piszę. Bo czy można wytłumaczyć ślepcowi, czym są kolory, albo komuś, kto nigdy nie był zakochany, czym jest to uczucie?

Od czasu tamtej modlitwy, dzień po dniu zaczęłam doświadczać w moim życiu realnej obecności Jezusa. Gdy klękałam do modlitwy, On po prostu był obecny. Jego obecności zawsze towarzyszy niewysłowiona radość, uczucie spełnienia, miłości, pokoju. I to stało się moim udziałem. To właśnie spotkanie z Jezusem sprawiło, że całe moje życie uległo przewartościowaniu, łącznie z formami rozrywki, poczuciem radości, szczęścia i zadowolenia. Formy rozrywki, które do tej pory mnie zadowalały stały się nudne i puste, a czasem wręcz miałam do nich obrzydzenie. Ich blask zblakł wobec doniosłości tej RADOŚCI, jaką wniósł ze sobą do mego życia Jezus. Dlatego na przykład najwspanialszy Sylwester, jaki wspominam w moim życiu, to nie ten z szampanem i fajerwerkami, odlotową muzyką i wyuzdanymi tańcami, ale ten, który spędziłam z innymi chrześcijanami w kościele, wchodząc w Nowy Rok w modlitwie, radosnym uwielbieniu i wyraźnej, powalającej wręcz z nóg obecności żywego Chrystusa, którą wszyscy odczuwaliśmy. To dopiero był odlot, którego nie byli w stanie zrozumieć radujący się i świętujący za oknem ludzie. Podczas gdy oni strzelali fajerwerki, my mieliśmy spotkanie na szczycie – z samym Królem królów.

Czasami chrześcijanie uważani są za ponuraków. Nie chodzą na imprezy. Nie śmieszą ich te same rzeczy, co innych, nie opowiadają sprośnych kawałów, nie upijają się, by nabrać humoru i rozkręcić towarzystwo. Są obecni na tym świecie, ale jakby nie stąd. Tacy inni, obcy. Niektórzy myślą, że chrześcijanie nie robią tego, co inni, nie cieszą się z tego, co inni, bo nie mogą. I dlatego, może nie warto być uczniem Jezusa – to się wiąże z ograniczeniami.

Do tego tacy chrześcijanie najchętniej mówiliby tylko o Jezusie, śpiewali o Jezusie, rozmawiali o Jezusie, jak jacyś malkontenci. Ile można? Czy nie wystarczy raz w tygodniu, na mszy o tym posłuchać?

Jest tak gdyż prawdziwi chrześcijanie to ludzie, którzy poznali ŻYWEGO Jezusa. A poznając Jezusa, doświadczyli również Jego obecności i prawdziwej radości, którą On przynosi. Dlatego też odkąd Go poznali, odkąd On zrewolucjonizował ich życie, są Nim zafascynowani i nie chcą zamieniać Jego cudownej obecności na podróby i substytuty radości, jakie ma do zaoferowania ten świat. Nie dlatego, że ‘nie mogą’, ale dlatego, że ‘nie chcą’, bo mają coś lepszego i szkoda byłoby to tracić. Jezus wniósł w ich życie PRAWDZIWĄ radość, przy której tracą blask inne „radości” na tym świecie. Ot cała tajemnica.

Cóż, zapewne przede mną jeszcze niejedna rodzinna impreza, niejedno towarzyskie spotkanie, na którym chcę czy nie chcę, ale będę musiała być. Jak jednak wiele bym dała, by moi najbliżsi również zechcieli poznać PRAWDZIWĄ radość, jaką wnosi do życia Chrystus, gdy tylko Go zapragniemy.

Iwona Smosna