Pan – mój lekarz

Jesień 2000 r.
-Andrzej musimy jechać z Esterą do szpitala, nie możemy zwlekać, za bardzo ją boli.
– Kochanie ja nie dam rady, muszę być w firmie.
– Nie chcę tam jechać sama, zrobią jej zdjęcie RTG, trzeba będzie porozmawiać z lekarzem, podjąć jakąś decyzję. Nie lubię być w takich sytuacjach sama.
– Kochanie, naprawdę nie mogę.
Biorę auto, jedziemy z młodszą córką same. W szpitalu bardzo dużo ludzi. Długo czekamy na naszą kolej. Kiedy wracamy do domu w głowie kołatają się myśli: „ Nie chcę być w takich chwilach sama, jest mi tak ciężko. Jestem głodna, zmęczona, a Andrzej jak zwykle w pracy. Tak nie może być. Powinien być ze mną. Jak wrócę do domu, to z nim porozmawiam..” Wjeżdżam na podwórko. Myślę dalej: „ To się musi…” Moje rozważanie przerywa wybiegająca z domu starsza córka. Jest zapłakana i przerażona.
– Mamusiu, tatuś leży na podłodze i płacze. Bardzo boli go brzuch.
– Pomóż Esterze wyjść z auta- rzucam zdezorientowana i biegnę do domu, a w głowie mam zupełny mentlik.
Kiedy po kilku minutach wiozłam Andrzeja do lekarza, a on z ledwością oddychał, w mojej duszy była tylko jedna modlitwa: „Boże nie odbieraj mi mojego męża! Nie zabieraj mi go!” Bardzo się bałam. Ocierałam łzy i modliłam się na głos: „Boże, on musi żyć! Tak bardzo go kocham. Daj, żeby wszystko było dobrze.”

To był pierwszy atak kamicy pęcherzyka żółciowego u mojego męża. Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy, że ma te kamienie. Wyjście było tylko jedno: operacja. Zrobił wszystkie niezbędne szczepionki. To trochę trwało. Miał już umówiony termin operacji, lecz wówczas odbywały się strajki w służbie zdrowia i nie zdecydował się na leczenie w takich niepewnych warunkach. Był to tylko pretekst, gdyż należy do osób, które zrobią wszystko, by w szpitalu się nie znaleźć. Jest bardzo wytrzymały na ból. Takich ataków miał w ciągu kolejnego roku jeszcze dwa lub trzy. Bardzo przy tym cierpiał, ale na operację nie mógł się zdecydować. Często słyszałam:
– Kochanie, ja nie mogę sobie pozwolić na to, żeby kilka tygodni nie pracować.

Jesień 2001 r.
Od dwóch dni Andrzej nic nie je, wymiotuje, zrobił się jakiś taki żółty. Nad ranem obudził go kolejny atak kamieni. Pojechaliśmy na pogotowie, dostał zastrzyk, ból trochę ustąpił, ale nadal wymiotował żółcią. Widząc jak cierpi proszę go, abyśmy pojechali do lekarza rodzinnego po skierowanie na operację. Sugeruję mu, że może mieć przecież zabieg za pomocą laparoskopu, dzięki czemu szybciej wróci do siebie. Do południa tego samego dnia byliśmy już w szpitalu w Nowej Soli. Wrócił ból, Andrzej gorączkował i był już bardzo żółty. Podczas przyjęcia badający go lekarz stwierdził, że to na pewno nie same kamienie wywołują tak silny ból.
– Ależ doktorze, mamy wyniki dwóch badań USG, skierowanie na operację usunięcia woreczka żółciowego.
– Zrobimy wyniki, wówczas będziemy wiedzieć coś więcej.
Kiedy Andrzej leżał już w sali, cały drżał z bólu i ciągle wymiotował tą żółcią. Założono mu sondę przez nos do żołądka i zrobiono pierwsze wyniki. Lekarz prowadzący poinformował mnie, że mąż ma bardzo wysoki poziom bilirubiny we krwi ( ponad 8,5 mg%, a norma to 0,2-1,00 mg%), dlatego jest taki żółty. Wypadł mu kamień z pęcherzyka i zatkał ujście, dlatego będzie miał zabieg za pomocą laparoskopu. Usuną mu ten kamień i udrożnią w ten sposób ujście żółci.
Powiedział także:
– To nie wszystko. Przyczyną tak silnego bólu u męża jest zapalenie trzustki. Ma bardzo wysoki poziom lipazy. Będzie dostawał leki narkotyczne, gdyż w zapaleniu trzustki ból jest zbliżony do bólu w ostatnim stadium nowotworu.
Nieświadoma zagrożenia, pomyślałam sobie: „No trudno, nie kamienie, lecz trzustka, byleby szybko wrócił do domu.” Zaplanowany zabieg przebiegł pomyślnie. Andrzej czuł się trochę lepiej. W piątek wieczorem wracałam do domu w całkiem dobrym nastroju, dziękowałam w sercu Bogu za wysłuchaną modlitwę, za to, że się o nas troszczy, że nas prowadzi. Zajechałam nawet do zboru, bo właśnie był czas nabożeństwa modlitewnego, aby z braćmi i siostrami oddać chwałę Panu!

Następnego ranka pojechałam znów do męża do szpitala. Kiedy go zobaczyłam, coś w środku we mnie zadrżało. Był bardzo blady…To nie była zwykła bladość. Było to tak, jakby nie żył, a jednak jeszcze pozostawał przy życiu. Poszłam do dyżurki lekarskiej. Tam dowiedziałam się, że stan mojego męża jest krytyczny.
– W nocy dostał krwotoku wewnętrznego i hemoglobina spadła mu z 15 g/l na niecałe 7 g/l. Do tego jego wynik lipazy jest beznadziejny (ponad 13500 U/L, norma około 100 U/L). Ogólny stan nie pozwala na interwencję chirurgiczną. Mąż dostanie krew i będziemy czekać.
Kiedy się rozpłakałam, lekarze uspokajali mnie, zaznaczając, że Andrzej nie może wiedzieć, że jego stan jest tak poważny.
– Absolutnie nie można przy nim płakać. Jak pani będzie ciężko, proszę wyjść na korytarz, potem się opanować, zrobić ze sobą porządek i z uśmiechem wejść z powrotem do sali.

Pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam do rodziny i pastora. W niedługim czasie wszyscy przyjechali do szpitala. Andrzej miał robione kolejne USG, gdyż zaczął mu rosnąć brzuch. Całe jego ciało było jakby napuchnięte. Brzuch nabrzmiewał w szybkim tempie. Po podaniu krwi hemoglobina się nie podniosła. Dostał kolejną porcję. Jego stan był coraz gorszy. Lekarze pozwolili mi zostać przy nim na noc. Razem z jego najmłodszym bratem czuwaliśmy przy łóżku. To była trudna noc, bo kiedy Andrzej leżał, to płyn, który zbierał się w jego wnętrzu powodował, że się dusił, nie mógł swobodnie oddychać. Na siłę chciał siadać, a lekarze zabronili tego, aby krwotok się nie nasilał. Rankiem przyjechała rodzina mojego męża, aby nas zmienić. Wracałam do domu z wielkim ciężarem. Jednego byłam pewna. Muszę zagwarantować moim córkom jakąś stabilizację. Nie mogą się tak tułać między ciocią a babcią, kiedy ja jestem w szpitalu. Poprosiłam moją młodszą siostrę, która akurat wówczas była bez pracy, aby zamieszkała w naszym domu z Martą i Esterą, gdyż nie wiadomo było, ile to leczenie Andrzeja jeszcze potrwa. Jedno miałam już załatwione. Wracałam tego samego popołudnia do szpitala. I tutaj spotkało mnie coś, czego najbardziej się obawiałam. Stan Andrzeja był na tyle poważny, że lekarze bez względu na wyniki zdecydowali się go operować. Właśnie szykowali się do zabiegu. Wszyscy wyszli z sali, abym mogła pobyć sama z moim mężem. On obserwował co się dzieje z nim i dookoła niego i domyślił się, że jego stan jest ciężki. Jednak to, co wówczas od niego biło, to niesamowity pokój. Nie panikował, nie bał się. Zobowiązał mnie, abym przypilnowała, żeby nikt nie dawał lekarzom żadnych pieniędzy. Powiedział, że łapówka tutaj nic nie zmieni, tylko Bóg może mu pomóc. Całkowicie poddał się pod Jego wolę. Ponadto nie chciał też, abyśmy szukali na własną rękę dla niego innego szpitala, co ordynator zadecyduje, on się z tym zgadza. Najtrudniejsze były dalsze słowa:
– Uleńko, jeśli Bóg mnie odwoła, nigdy nie wątp w to, że On cię kocha. Nigdy nie wątp w to, że Jezus się o ciebie troszczy. Jeśli miałbym pozostać przy życiu i odejść od Boga, to wolę teraz umrzeć i być zbawionym. Bóg wie lepiej, co jest dla nas najlepsze.

Potem dał mi jeszcze kilka wskazówek dotyczących dalszego życia mojego i naszych córek, na wypadek, gdybyśmy widzieli się teraz ostatni raz.
Operacja trwała kilka godzin. W tym czasie przyjaciele ze zboru i rodzina modlili się razem ze mną w szpitalnej świetlicy o Bożą pomoc. Kiedy w końcu lekarze wyszli z sali operacyjnej, przez myśl przeszła mi scena z filmów, że wszystko będzie dobrze, operacja się udała. Niestety rzeczywistość była inna. Ordynator powiedział bez ogródek:
– Sama martwica i zgnilizna. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem.

Tu zaczął się mój szloch, słyszałam tylko jeszcze jak bratowa męża zapytała, czy bez trzustki można żyć, na co lekarz odpowiedział, że jeśli Andrzej do rana przeżyje, to będzie cud. Cały świat mi zawirował, a z oczu lały się łzy…

Andrzej został od razu przewieziony na OIOM. Uprosiłam lekarkę, aby mnie na kilka minut do niego wpuściła. Leżał zaintubowany, spał. Czy jeszcze zobaczę jego uśmiech? Czy jeszcze go usłyszę? Nie mogłam przy nim zostać. Pani doktor pozwoliła nam zadzwonić o 6,00 rano i dowiedzieć się o stan pacjenta. To była najcięższa noc w moim życiu. Nie miałam odwagi wracać do swojego domu. Co ja powiem naszym dzieciom? To było zbyt trudne, zadzwoniłam tylko do siostry, a mnie zabrała do siebie do domu bratowa mojego męża. Pozostał mi płacz przeplatany modlitwą. Rankiem przywitała nas dobra wiadomość: Andrzej się obudził, samodzielnie oddycha i ma się dobrze. Natychmiast pojechaliśmy do szpitala. Tam niestety dowiedziałam się całej prawdy o chorobie mojego męża. To co go spotkało to martwiczo-krwotoczne zapalenie trzustki. W tej chorobie współczynnik umieralności wynosi 99%. Następuje samounicestwienie organizmu. Enzymy z rozkładającej się trzustki trawią organizm od środka. Choroba przebiega różnie, leczenie polega na kolejnych operacjach. Jedni dożywają kilku operacji, inni kilkunastu. Jednak i tak prawie wszyscy w końcu umierają. Lekarze zadecydowali, że Andrzej zostanie przewieziony do szpitala w Poznaniu, gdzie będzie miał wszyty zamek i lekarze będą mogli go mniej inwazyjnie otwierać i zamykać. Postanowiłam, że spędzę te chwile razem z moim mężem.

Bracia i siostry ze zboru bardzo wspierali mnie w tym trudnym czasie. Okazało się, że owej krytycznej nocy zebrali się w jednym z mieszkań i modlili się do rana. Ponadto podjęli post i modlitwę. Każdego dnia ktoś ze zborowników pościł, codziennie o wyznaczonej godzinie zbierali się w zborze na modlitwie. W wielu kościołach płynęły prośby o uzdrowienie mojego męża.

Kiedy Andrzej został przewieziony do Poznania, jego stan był krytyczny. Podczas tej pierwszej operacji, jeszcze w Nowej Soli, usunięto z jego wnętrza martwe cząstki trzustki i ropę, która gromadziła się w jego otrzewnej. Zszyto mu żołądek, bo enzymy poczyniły w nim już pewne spustoszenie. Założono Andrzejowi kilka drenów, które wychodząc z brzucha umożliwiały spływanie ropy i płynu zmieszanego z krwią do przytwierdzonych na ich końcach woreczków. Już w Poznaniu ściągnięto mu z płuc około 3 litra płynu. W trakcie kolejnych operacji czyszczono mu powierzchnię trzustki, usuwając martwicę. Codziennie rano i wieczorem lekarz płukał mu wnętrzności. Wstrzykiwał mu w tym celu z jednej strony poprzez dren płyn do wnętrza, co powodowało, że z drugiej strony innym drenem wypływała ropa i krew. Andrzej był coraz słabszy. Nic nie pił i nie jadł. Z silnego, młodego mężczyzny pozostało bezwładne ciało, z którego wychodził gąszcz rurek. Miał wspomnianą wcześniej sondę pociągniętą przez nos do żołądka, na szyi wszyte podłączenie do głównej żyły, do którego za pomocą kilku małych kraników miał podłączonych 4-5 kroplówek, przez które bez przerwy podawano mu leki. Miał cewnik, pięć drenów i stomię wszytą do dwunastnicy, przez którą był karmiony. Kiedy lekarka z OIOM kazała mi kupić dla męża pampersy, był to jeden z trudniejszych momentów. Odzierano mnie z wszelkiej nadziei… Pamiętam też, jak mimo tak krytycznego położenia Bóg przemawiał do nas w sposób wręcz niewysłowiony. Kiedy dni ulatywały jeden za drugim, dostałam pewnego razu telefon, w którym nakłaniano mnie do wręczenia lekarzom pieniędzy. Bo teraz takie czasy, że inaczej nie da rady. Kiedy opierałam się temu, tłumacząc, że nie mogę zawieść zaufania Andrzeja, usłyszałam pytanie:
– A co powiesz swoim dzieciom, kiedy przez twój upór Andrzej umrze?

To było jak nóż wbity w serce. Z płaczem i wzdychaniem zadzwoniłam do żony pastora. Podniosła mnie na duchu, wsparła nadzieją, że Andrzej jest potrzebny w naszym malutkim zborze i Bóg go na pewno uzdrowi. Otarłam łzy, weszłam na odział do mojego męża. Ponieważ był ponownie zaintubowany, nie mógł mówić. Gestami pokazał mi, abym podała mu zeszyt i długopis. Napisał w nim: „Jezus zwyciężył”. To było niesamowite. Miałam taką rozterkę w sercu, a Bóg odpowiedział mi przez mojego chorego męża. Andrzej pisał dalej: „Zaśpiewaj mi KRÓL KRÓLÓW, PAN PANÓW”. Zdumiona zapytałam:
– Tutaj? Teraz?

Potwierdził skinieniem głowy. Nie było to łatwe. Leżał na OIOM-ie, gdzie na sali zawsze przebywał jeden lekarz i jeden pielęgniarz lub pielęgniarka. Nie patrząc jednak na okoliczności pochyliłam się nad jego głową i do ucha śpiewałam mu to, o co poprosił. Potem, kiedy już samodzielnie oddychał, powiedział mi, jak słyszał głos diabła, który naśmiewał się z jego położenia. Pokazywał mu, że kiedy umrze, nasze córki będą chodzić głodne i zasmarkane. Nie mógł się modlić na głos, więc pisał swoje wyznanie na kartce. Toczył wewnętrzny bój, o którym nie miałam wówczas pojęcia. Okazało się, że bardzo pomocne było dla niego Słowo Boże, które czytał, gdy jeszcze był zdrowy. I choć nie wiedział, gdzie to jest napisane, przypomniał sobie wówczas tekst obietnicy: „Nie widziałem dzieci sprawiedliwego, które by chodziły głodne…”

Mijały kolejne dni, lekarze byli nieugięci w swojej diagnozie, nie dawali Andrzejowi żadnej szansy. Kiedy dzwoniłam do zboru, dostawałam pocieszenie i nadzieję. Jednak kiedy patrzyłam na mojego wycieńczonego chorobą męża, nadzieja nikła. Przecież on samodzielnie nie siadał, nie podnosił nawet głowy. Codziennie myłam go całego. Stawał się jak roślina. Pewnego dnia powiedział mi ze łzami w oczach:
– Uleńko, nie mam już siły…Nie mam już siły by walczyć…
Wtedy wstąpiła we mnie wiara i nadzieja.
– Masz siłę, zobaczysz, Bóg cię wzmocni.

Dokładnie w tym czasie przyszedł SMS od jednego brata ze zboru: „ (…) ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają.” W takich momentach serce bije mocniej!

Kiedy Andrzej leżał w szpitalu, mogłam być z nim od rana do wieczora. Na noc jeździłam do pewnej siostry ze zboru. Mogłam wynająć sobie jakiś pokój na mieście, ale nie chciałam mieszkać sama. Potrzebowałam bratniej duszy. Kiedy jeszcze w domu się pakowałam i wyjeżdżałam do Poznania, nie wiedziałam gdzie będę mieszkać. Telefonicznie tylko mój teść mnie uspokajał, że coś dla mnie znajdą. Po południu dostałam telefon, że będę mieszkać u siostry z poznańskiego zboru. Ania przyjechała po mnie wieczorem do szpitala i tak znalazłam schronienie pod jej dachem. To jest właśnie niesamowite w żywym Kościele Jezusa Chrystusa. Mimo, że cieleśnie obcy, duchowo stajemy się sobie bliscy jak mało kto. Ania była dla mnie wsparciem każdego dnia i nocy. Pocieszała mnie, w nocy budził mnie odgłos jej modlitwy zanoszonej do Boga. Kiedy wpadałam czasem w histerię i płaczom nie było końca, zdecydowanie „stawiała mnie do pionu”. Jestem Bogu wdzięczna za jej dobre serce. To Ania dbała także o moje życie duchowe. Zabierała mnie ze sobą do zboru. Kiedyś po nabożeństwie pastor zapytał, czy mógłby odwiedzić mojego męża w szpitalu, choć przecież nie znał go osobiście. Wizyta ta, ze względu na stan mojego męża, była bardzo krótka. Ponieważ w tym czasie Andrzej leżał na sali sam (co nie zapowiadało nic dobrego, gdyż na tym oddziale śmierć nie była czymś obcym; kto był już w stanie agonalnym, zostawał sam, a pozostałych pacjentów przenoszono do innych sal), więc pastor zapytał, czy może się pomodlić. Razem stanęliśmy przed Panem. Pastor pomodlił się jeszcze na językach i poszedł. I wtedy stało się coś dziwnego. Podczas tej charyzmatycznej modlitwy na mojego męża przyszło upamiętanie. Mimo, że był człowiekiem nowonarodzonym, po chrzcie zdarzało mu się postępować wbrew Słowu Bożemu. Bóg pokazywał mu sprawy nie załatwione z innymi ludźmi. Choć pewne rzeczy wyznał już wcześniej Bogu, nie wyznał ich przed tymi, których skrzywdził. Były to rzeczy trudne do przyjęcia, ale i całkiem „błahe”. Andrzej płakał jak dziecko, mówiąc:
– Marta i Estera tyle lat chodzą do szkoły muzycznej, tyle razy zapraszały mnie na koncert, a ja nigdy nie miałem na to czasu. Co ze mnie za ojciec…
Mówił to ze świadomością, że może już nigdy nie będzie mógł tego wynagrodzić swoim dzieciom. Firma i praca z nią związana pochłaniały go dotychczas bez reszty. Zadzwoniliśmy do naszego pastora. Andrzej długo z nim rozmawiał. W końcu zapadła decyzja, że zostanie on ponownie namaszczony olejem. Ponownie, bo jeszcze w szpitalu w Nowej Soli był u niego pastor z Głogowa i modlił się z Andrzejem z namaszczeniem olejem, ale wówczas nie było tego wyznania grzechów. Okazało się, że mój mąż od pewnego czasu żył z poczuciem winy, którego nie mógł zagłuszyć. Była to bardzo osobista sprawa. Wyznał ją dawno Bogu, ale nie miał odwagi wyznać tego osobie, którą zawiódł. Kiedy pierwszy raz miał mieć modlitwę z namaszczeniem olejem, postanowił w sercu, że jeśli pastor spyta, czy jest jakaś przeszkoda do modlitwy, jakiś nie wyznany grzech, wówczas powie mu, co go gnębi. Jeśli natomiast pastor nie zapyta, wówczas zostawi to dla siebie. No i pastor nie zapytał (choć w późniejszej rozmowie sam się dziwił, dlaczego tak się stało, bo zawsze trzyma się w tym temacie nakazu z Listu Jakuba 5,15-16) , a stan Andrzeja był coraz gorszy. Tym razem było inaczej. Oczyścił się przed Bogiem i przed ludźmi ze wszystkiego. Mimo lęku o to, jak sprawy się dalej potoczą, gdy sprawa ujrzy światło dzienne, czuł się naprawdę wolny.

Po tej modlitwie, wbrew oczekiwaniom, Andrzej bardzo źle się poczuł. Dostawał dreszczy, oblewał go zimny pot. Kiedy lekarze debatowali, co z nim zrobić, powiedział im, że on chyba tak reaguje na to jedzenie podawane bezpośrednio do dwunastnicy. Lekarz odpowiedział mu zdziwiony:
– Panie Borsuk, dzięki temu pan żyje.
– Ale doktorze, ja czuję, że to jest przyczyną mojego złego samopoczucia – odparł nieugięty. Lekarze ponownie naradzili się i postanowili odłączyć go od tej stomii na kilka godzin. Ku ich zdumieniu, wszystkie nieoczekiwane dolegliwości minęły. Kiedy mój mąż powiedział, że jest głodny, znów nastała konsternacja. Przecież od kilku tygodni nic nie pił, organizm nic nie przyswajał, a tu nagle był głodny. Najpierw pozwolono mi ugotować dla niego kompot z jabłek. Potem mogłam przywieźć mu chudy rosół. Były to maleńkie porcje, ale jadł i pił często. Jego organizm budził się na nowo do życia. Tryskał radością, w oczach nabierał siły. Po wielu dniach wstał z łóżka, wziął pierwszy prysznic. Woda- tego bardzo mu brakowało. Wiem, że to zabrzmi niewiarygodnie, ale po tygodniu zapadła decyzja o wypisaniu go ze szpitala. Trzydziestego października, w przeddzień 31. urodzin mojego męża byliśmy w domu! Niektórzy myśleli, że zabieram go na własną prośbę. Dzwonili nawet do mnie i kazali mi się zastanowić, co ja robię. Nie dziwię się im, skoro wcześniej widzieli go w stanie agonalnym w szpitalu, a nagle okazało się, że wracamy do domu…

Lekarz prowadzący udzielił nam wielu wskazówek do dalszego postępowania. Czekała Andrzeja dożywotnia ścisła dieta oraz przyjmowanie kreonu – enzymów zwierzęcych w postaci tabletek, zastępujących niedostatki usuniętej podczas kolejnych operacji większej części trzustki. Na koniec jeszcze jedno zalecenie:
– No i panie Borsuk zero alkoholu, w pana stanie nawet łyk piwa może pana zabić.
To akurat nie było dla nas problemem.
Kiedy w niedzielę pojawiliśmy się w zborze, mój mąż podziękował Bogu za uzdrowienie, a braciom i siostrom za wytrwałą modlitwę. Wtedy to pastor obwieścił, że post w intencji Andrzeja zostaje zakończony.

Nasze życie biegło dalej. Andrzej mimo drakońskiej diety nabierał powoli sił, przybierał z powrotem na wadze. Bardzo przeżyłam pierwszą po chorobie męża Wieczerzę Pańską. Ze łzami w oczach, wspominając słowa lekarza, prosiłam Andrzeja aby nie pił wina. Bardzo się o niego bałam, ale on ciągle wyznawał, że Jezus go uzdrowił i nie ma powodu do obaw. Po kilku miesiącach stwierdził, że przy takim jedzeniu nigdy nie wróci do dawnych sił i zaczął wprowadzać sobie potrawy, które na co dzień gotowałam dla reszty rodziny. Potem stopniowo zmniejszał sobie dawkę kreonu, by po jakimś czasie całkowicie go odstawić.

 

 

Wiosna 2009 r.
Minęło już ponad siedem lat od choroby mojego męża, a ja ciągle mam w głowie każdą chwilę z czasów, kiedy przechodziliśmy przez to doświadczenie. Ze wszystkich fizycznych konsekwencji tej choroby pozostały tylko liczne blizny na ciele mojego męża. On sam czuje się bardzo dobrze. Przytył, nabrał sił, wrócił do pracy. Je wszystko, na co ma ochotę, czy to pizza czy też tort. Nie przyjmuje żadnych leków. Do tego wszystkie wyniki ma w normie. Pozostała mu malutka część trzustki, a on nie ma cukrzycy. Gdy na niego patrzę, wiem, że jest świadectwem, że Jezus żyje! Choroba mojego męża okazała się dla naszej rodziny wielkim błogosławieństwem. Wiele się zmieniło w naszym codziennym podejściu do zachowania równowagi między pracą zarobkową, a pracą w zborze. Umocniły się też relacje w naszym Kościele, wielu nauczyło się przez to modlić. Swego czasu odwiedził nasz zbór mający wykształcenie medyczne i piastujący wówczas dość wysokie stanowisko przyjaciel naszych muzyków, który przyznał, że choroba Andrzeja, a potem całkowite jego uzdrowienie były przyczynkiem jego poszukiwań. W konsekwencji przyjął Jezusa jako swojego Zbawiciela, potem nawróciła się też jego żona. Służą Panu w jednym z leszczyńskich zborów.

Podczas rozmów z przyjaciółmi na zjazdach Warszawskiego Seminarium Teologicznego czasem nawiązuję do tych przeżyć. Mogę wówczas świadczyć o nadziei pokładanej w Jezusie, o sile płynącej z jednomyślnej modlitwy Kościoła. I choć czasem uronię łzę, kiedy pomyślę, że mogło się to skończyć inaczej, to w sercu pozostaje wdzięczność dla Boga, że nie zostawił nas sierotami.

Ula Borsuk