Twardziel

Moje życie do chwili ukończenia szkoły podstawowej w zasadzie nie różniło się niczym od moich rówieśników. Rodzice mnie ochrzcili, później I Komunia Święta. Uczęszczałem do jednej ze szkół podstawowych w woj. sieradzkim (obecnie łódzkie). Uczyłem się dobrze, miałem zainteresowania, byłem grzeczny, nie sprawiałem kłopotów. Ludzie mieli o mnie dobre zdanie, mówili, że „coś ze mnie będzie”. Rodzina chwaliła się moimi świadectwami szkolnymi. Grałem także dobrze w piłkę nożną. Można powiedzieć chłopak poukładany, z perspektywami.

Rodzice znaczną część budżetu domowego przeznaczali na inne cele niż rodzina, więc chyba troszeczkę przedwcześnie zacząłem się „o siebie troszczyć”. Jako absolwenta podstawówki rodzice widzieli mnie w technikum – jako ucznia szkoły średniej, a po jej ukończeniu zobaczymy … Lecz ja – człowiek z „wielką dojrzałością” wynikającą z potrzeby „dbania o siebie” wybrałem szkołę zawodową, ponieważ była to szkoła przyzakładowa i płacili za praktykę. Już w te wakacje poprzedzające nowy rok szkolny zacząłem popalać papierosy, tak dla szpanu. Chciałem, aby nowe towarzystwo „dorosłych” mnie zaakceptowało, wiec nie wypadało nie palić. Tuż po papierosach jedno piwo, jedno przecież nie zaszkodzi. Od tej chwili moje życie przyspieszyło.
Byłem najmłodszy z paczki. Pamiętam jak dziś te opinie: „masz dopiero szesnaście lat a już tyle potrafisz wypić, ja w twoim wieku nawet jeszcze nie paliłem”, „wiesz fajny z ciebie kumpel”. Serce mi rosło, gdy słyszałem te słowa z ust kumpli – kilka, kilkanaście lat starszych. Byłem „cały w skowronkach”, gdy ci twardziele, niektórzy po wyrokach i odsiadkach, obejmowali mnie, ściskali, gratulowali. Cały czas starałem się udowodnić, że jestem jeszcze lepszy, że umiem jeszcze więcej. Moje zachowanie było jeszcze gorsze. Coraz częściej kogoś pobiłem, okradłem, raniłem dziewczyny i rodzinę. Liczyło się tylko zaspokojenie moich ambicji, pożądliwości. Oczywiście, aby tylko nie wypaść z paczki. Bardzo mi zależało, aby mieć uznanie u tych twardzieli i naszych wspólnych koleżanek. Och jak ja się starałem. Och, jaki ja byłem ślepy…

W wojsku, w swym poborze, odgrywałem jedną z większych ról. Byłem zadowolony z uznania, jakie miałem u kolegów. Jednak i to mnie nie zatrzymało, cały czas coś mi mówiło, że stać mnie na więcej, coś mnie popychało i mówiło” „bądź jeszcze lepszy”. Ja za tym poszedłem, głuchy na alarmy ze strony najbliższych. Na słowa, że się staczam, że jestem pijakiem, alkoholikiem wybuchałem agresją do tego stopnia, że często dochodziło do rękoczynów. Byłem na fali, uwielbiany przez kolegów podobnych do mnie… głuchych na głos Boga.
Wiedziałem, że jest tam gdzieś Bóg, przecież kiedyś chodziłem do kościoła. Ale ta pewność istnienia Boga była jak za mgłą, gdzieś daleko, coś nawet na minutę nie pozwalało mi się nad tym zastanowić.

Po wyjściu z wojska wróciłem do pracy, oczywiście fizycznej, tak bardzo przeze mnie chwalonej, bo szef przymykał oko na pity alkohol. Doszedłem do takiej „wprawy” w piciu, że bywały dni, kiedy musiałem trzymać szklankę lub kieliszek dwoma rękami, bo przed trafieniem do ust cała zawartość się wylewała. Coraz częściej zaczęły mi drgać mięśnie twarzy i towarzyszyć bezsenność. Coraz bardziej chciałem przestać pić, ale nie mogłem.

Posunąłem się dalej przeciw Bogu. Zacząłem głośno mówić, że Go nie ma. Stałem się ateistą, człowiekiem, który nie wierzy, nie ma nadziei. Było coraz gorzej. Największego dna sięgnąłem wtedy, gdy straciłem pracę. Spodobało mi się stanie przy barze, sklepie i tak zwane łatwe życie. Tu ktoś postawił, tam ktoś „zgubił” i ja to „znalazłem”, ktoś tam „zapomniał” zabrać. Alkohol stał się całym moim życiem. Dzisiaj patrzę wstecz, uświadamiam sobie, że może w tamtym czasie, w ciągu roku łącznie może byłem miesiąc trzeźwy. Wiem też, dopiero teraz, że w moim życiu musiało nastąpić dno do samego końca, łącznie z nieudanymi – dzięki Bogu – próbami samobójczymi, abym coś zrozumiał, abym coś odebrał, aby Jezus mógł wejść do mojego życia i być moim Panem.
Tej daty nigdy nie zapomnę. Noc z siódmego na ósmego kwietnia 1999 roku. Noc niby taka sama jak inne, znowu bezsenność. Wypity alkohol przestał działać. Po chwili zauważyłem, że coś jednak nie jest tak jak zawsze, coś jakby obok mnie było, jakby po mnie przyszło. Może to już mój koniec? Zaczęło do mnie docierać. Nie!!! Wyrwało mi się z głębi, ja nie chce umierać. Przenikający strach zaczął mi ściskać gardło. Nigdy w życiu tak się nie bałem. Zacząłem widzieć postacie, bardzo brzydkie, ohydne, inne jakby masy podobne do człowieka. Wiedziałem, że one nie przyszły mi pomóc. Od nich nie wypływało nic dobrego. Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale uświadomiłem sobie, że słowa „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” wychodziły z moich ust. To modlitwa, której mnie kiedyś nauczyła babcia. Tylko Bóg mógł to sprawić, że w mym ateistycznym, niewierzącym sercu ona przetrwała. Płakałem i modliłem się. Jak ja nie chciałem umierać!!! Odczuwałem jednak, że ktoś chce, abym zrobiłem taki rachunek swego życia, powiedział o tym, co złego zrobiłem. Zacząłem to mówić i coraz bardziej czułem, że nie powinienem żyć, że nie zasłużyłem na to. Jaki ja byłem brudny !!! Jak ja się sobą brzydziłem!!! Nienawidziłem siebie i swego życia. Pogodziłem się z myślą, że nie zasłużyłem na życie. Po paru godzinach swego obrachunku zacząłem odczuwać, najpierw delikatnie, później coraz mocniej, że coś w środku zaczyna się dziać. W sercu zrobiło się jakby cieplej, widziałem światełko. Zaczęła się rodzić we mnie nadzieja i radość. Czułem, że coś się zmieniło, że dostałem drugie życie i nie mogę go zmarnować.
Przez około półtora miesiąca, co noc nachodziły mnie „siły ciemności” w moim domu. Co noc widziałem je, czułem ich zapach, zacząłem odróżniać i nazywać. Bałem się ich, okrutnie się bałem, ale cały czas wiedziałem, że ktoś ze mną jest, że jest nim Bóg.
Często zastanawiałem się, dlaczego Bóg do tego dopuszcza. Teraz wiem, że to było konieczne, abym był przy Nim. Te doświadczenia procentują i myślę, że wciąż będą procentować w mym dalszym chrześcijańskim życiu. Dzięki nim mogłem poznać siłę i moc Jezusa Chrystusa, siłę Jego świętej krwi. Tej nocy ósmego kwietnia Bóg zabrał mi nałogowe sześcioletnie picie i dziewięcioletnie palenie. To było natychmiastowe Boże działanie. Od tego dnia nie pije i nie palę i wiem, że nie dzięki swej silnej woli tak jest, ale dzięki Jezusowi Chrystusowi.
Tamtego dnia poznałem kogoś, kto nie skazał mnie na śmierć, ale powołał do życia, nie odrzucił, nie potępił, ale przyjął jak przyjaciela. Poznałem Boga, który dał mi nowe życie. Życie, którego dzięki Jego sile i woli już nie zmarnuję. Jestem Mu wdzięczny, że dał mi miłość, gorliwość do pracy dla Niego i zapał, że każdego dnia mogę Go poznawać, dziękować Mu i prosić o opiekę i prowadzenie, że mogę dziękować za łaskę, jaką mi okazuje. Z tamtą chwilą odebrałem od Pana coś jeszcze. Wiem, że oczekuje ode mnie pracy dla Swego Królestwa. Szczególnie położył mi na sercu młodzież, oraz ludzi takich, jak ja przed poznaniem Boga.

Chciałbym na koniec zacytować słowa pewnej pieśni, którą śpiewamy w kościele:

„ Nie ma problemu by Bóg rozwiązać nie mógł,
Góry wysokiej by On przesunąć nie mógł,
Nie ma problemu by Bóg rozwiązać nie mógł,
Bólu takiego by On ukoić nie mógł…”

Może i niewiele umiem i niewiele wiem, może też i to jest prawdą, że niewiele lat „jestem w Panu” i małe mam doświadczenie, jednak wiem to, że słowa tej pieśni są faktem. Dla Pana Boga nie ma problemu, którego by On nie umiał rozwiązać, dla Niego nie istnieje zbyt silny demon, czy zbyt silna choroba. Choćby nie wiadomo jak nasze życie było splądrowane i spustoszone to Bóg jest w stanie wszystko to naprawić i sprawić, że życie będzie wielką przygodą i radością. (…)

Zbigniew Zarożny

Żródło: radiopielgrzym.pl