Ostatnia noc.

Jest wrzesień 1989 roku rozpoczyna się rok szkolny – mam 18 lat. To ważny dla mnie czas, gdyż przede mną matura. A co za mną – szczęśliwe dzieciństwo, spędzone w przyjaznej atmosferze mojego rodzinnego domu. Bardzo dobrze się uczyłam, ale nie należałam do kujonów zamkniętych w swoich czterech ścianach. Lubiłam towarzystwo, więc zawsze wokół mnie było dużo ludzi. Pochodzę z bardzo tradycyjnej, religijnej rodziny, w naszym domu wiele mówiło się o kościele. Na msze chodziliśmy nie tylko w niedziele i święta. Rodzice jeździli na pielgrzymki, a ja chodziłam na pieszo do Częstochowy. Swego czasu zdecydowałam się na studium katechetyczne, a następnie przez jeden rok byłam katechetką. Bardzo lubiłam te zajęcia z dziećmi. Po drodze zakochałam się (z wzajemnością) w chłopaku, który nie pasował do mojego sielankowego otoczenia. Nie był katolikiem, za szkołą nie przepadał, a do tego bardzo, ale to bardzo nadużywał alkoholu.

Ale wracam do września ’89. Z całą klasą wybraliśmy się na kilkudniową wycieczkę w Góry Świętokrzyskie. To miały być wspaniałe chwile, takie labowanie przed wkuwaniem. Otóż w schronisku kilka osób postanowiło, że co wieczór będą wywoływać duchy. Ja zawsze stroniłam przed tego typu „rozrywkami”. Po prostu się bałam. Nie wiem co mnie podkusiło, aby w ostatnią noc przyłączyć do tej grupki. Pamiętam, że chciałam się dowiedzieć, czy Andrzej (wspomniany wcześniej chłopak) będzie moim mężem, bo cała rodzina była nam przeciwna i robiła wszystko, aby nas rozdzielić. Siedzieliśmy przy stole były zadawane różne pytania. Talerzyk sam „chodził”. Ale nie pamiętam jaką odpowiedź otrzymałam, bo nagle zrobiło mi się bardzo słabo. Chłopcy otworzyli okno i wystawili mi głowę na świeże powietrze. Powoli do siebie doszłam. Towarzystwo się rozeszło i poszliśmy spać. To była ostatnia noc. Jutro jeszcze zwiedzimy jaskinię Raj i wracamy do naszych domów.

Bilety już wykupione. Jesteśmy na dworcu PKS w Kielcach. Czekamy na autobus, który zawiezie nas do jaskini. Oprócz nas jest jeszcze wiele osób. Ludzie wsiadają do autobusu. Ale co to? Co się ze mną dzieje? O Boże! Ktoś krzyczy: Wycieczka wysiadać! Całe moje ciało zaczęło drżeć. To nie były dreszcze. Rzucało mną, jakbym miała padaczkę. Przecież nigdy wcześniej nic takiego mi się nie przydarzyło. Zawsze byłam zdrowa. Położono mnie na ławce dla podróżnych i wezwano pogotowie. Byłam w szoku, bo nie wiedziałam, co mi jest. Zabrano mnie do kliniki.

Klasa do jaskini pojechała następnym autobusem. W klinice zrobiono mi wszystkie badania, podłączono mnie pod kroplówkę, ale co jakiś czas napady się powtarzały. Pod koniec dnia przyjechała po mnie wychowawczyni. Nie chciała mnie zostawić w szpitalu na drugim końcu Polski, więc dano mi leki uspokajające i pozwolono pod opieką wracać do domu. Klasa czekała na mnie wraz z moim bagażem na dworcu PKP. Weszłam do budynku dworcowego. Koledzy przywitali mnie serdecznie. A ja znowu czuję, że coś się ze mną dzieje. To znowu przyszło, znowu zaczęło mną rzucać. Ludzie się zbiegli i patrzyli jak na widowisko. Gutek wziął mnie na ręce i mocno trzymał, jakby chciał mnie uchronić przed oczyma gapiów. Wsadzono mnie do taksówki i zawieziono na pogotowie. Tam ponownie „naszprycowano” mnie lekami uspokajającymi i wróciliśmy na dworzec. Nie pamiętam, jak dotarłam do swojej rodzinnej wioski.

A ja czułam się coraz gorzej. Bo oprócz drgawek i bólu głowy, dręczyło mnie pragnienie śmierci.

Po powrocie w domu w szkole zrobiło się „gorąco”. Wszyscy troszczyli się o moje zdrowie. Ale najgorsze było przede mną. Otóż zaczęła mnie bardzo boleć głowa. Był to ból nie do wytrzymania. Trafiłam do neurologa, a później do szpitala w Nowej Soli. Stamtąd odesłano mnie do psychiatry. A ja czułam się coraz gorzej. Bo oprócz drgawek i bólu głowy, dręczyło mnie pragnienie śmierci. To był koszmar. Tak bardzo chciałam umrzeć…Coraz częściej miałam myśli samobójcze. Często widziałam siebie wyskakującą przez okno lub jak wbijam sobie nóż do brzucha. Bardzo cierpiałam. Kiedy szliśmy z Andrzejem na spacer, potrafiłam się nagle rozpłakać. On pytał – Uleńko, czemu płaczesz? – chciałabym umrzeć…

Antidotum na mój stan miały być silne leki uspokajające. Lekarz przepisywał mi tabletki. Rano miałam brać mniejszą porcję, aby jakoś funkcjonować w szkole. W obiad już większą, a wieczorem największą. Tyle tylko, że nic mi to nie pomagało. No może byłam trochę mniej obecna. Ból głowy nie ustawał. Napady powtarzały się nagle, bez konkretnej przyczyny, a i moje wnętrze rozsypało się na kawałki, z których każdy wołał o śmierć.

Andrzej bardzo martwił się moim stanem. Widział jak cierpię i jak uzależniam się od leków. Pewnego wieczoru, kiedy odprowadzał mnie do domu, powiedział mi słowa, które bardzo mnie zaskoczyły: Ula, ja Boga nie znam, ale wiem, że są ludzie, którzy się modlą i czytają Biblię, a Bóg odpowiada na ich wołanie. Proszę, zacznij czytać Biblię i modlić się do Jezusa, aby ci pomógł… (jego dziadkowie i rodzice byli ludźmi odrodzonymi i choć on sam żył daleko od Boga, to jednak znał życie swoich najbliższych). Nie wiem dlaczego, ale po powrocie do domu byłam jakaś inna. Tak jakbym zobaczyła jakieś maleńkie światło nadziei. Odszukałam Nowy Testament i pierwszy raz w życiu otworzyłam go z zamiarem czytania. Ale nie było to takie zwykłe przerabianie kolejnej lektury.

Podjęłam decyzję, że cokolwiek przeczytam w Piśmie, to zastosuję w moim życiu.

Podjęłam decyzję, że cokolwiek przeczytam w Piśmie, to zastosuję w moim życiu. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że tak wiele zmian mnie czeka. Zaczęłam codzienne rozważanie Nowego Testamentu. Bardzo mnie to posilało. Chciałam pogłębić moją dotychczasową wiarę. Biblię wręcz chłonęłam, aż mój tato zwracał mi uwagę, że tylko czytam i czytam, a co z lekcjami. Nabierałam sił, przestała mnie boleć głowa, chciało mi się żyć! Wyrzuciłam wszystkie leki i funkcjonowałam normalnie (tylko czasami miałam napady, o których wcześniej pisałam, ale z tym jakoś dało się żyć).

W tym czasie również codziennie się modliłam, ale nie było to nic nadzwyczajnego, ponieważ od kiedy tylko pamiętam, zawsze w moim domu modliliśmy się rano i wieczorem. Tyle tylko, że pewnego dnia bardzo się rozczarowałam. Całe dotychczasowe wyobrażenie Boga legło w gruzach. Płakałam i kłóciłam się w sercu ze wszystkimi moimi dotychczasowymi opiekunami duchowymi, gdyż doszłam do ostatniej księgi w Nowym Testamencie i nie znalazłam ani słowa o tym, że Maria została z ciałem wzięta do nieba. Bardzo to przeżyłam, bo do tej pory większość moich modlitw była skierowana właśnie do niej. Ale jeżeli taki oczywisty fundament się zawalił, to co dalej? Biblia mówi: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus” (I list do Tymoteusza 2;5). „Jeden” – to słowo długo brzmiało w moich uszach.

„Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus”

I List Ap. Pawła do Tymoteusza 2;5.

Od tej pory Jezus został moim jedynym pośrednikiem. Modliłam się tylko do niego. Kiedy szłam na mszę, opuszczałam wszystkie te fragmenty, które nie odnosiły się do Niego. Najtrudniejszy był maj i październik…W tym czasie też zdałam sobie sprawę, że tutaj na ziemi decydujemy o tym, gdzie spędzimy wieczność. Wcześniej mówiłam sobie: No to najwyżej pójdę do czyśćca, a stamtąd przecież w końcu trafia się do nieba. Jednak Słowo Boże mówi: „I poza tym wszystkim między nami a wami rozciąga się wielka przepaść, aby ci, którzy chcą stąd do was przejść, nie mogli, ani też stamtąd do nas nie mogli się przeprawić” (ew.Łukasza 16;26). Cała ta przypowieść niesie przesłanie o dwóch miejscach. Ani słowa o trzecim miejscu – czyśćcu. Czyżby Jezus coś przed nami ukrywał? Oczywiście, nie! Długo to rozważałam. Szczególnie słowo: wieczność. Coś co trwa zawsze i zawsze, bez końca. Zrozumiałam, jak ważne jest moje życie, jaki to może mieć wpływ na moje „zawsze”. Nie sto lat, dwieście czy tysiąc, lecz zawsze… Ale mimo wszystko postanowiłam, że nigdy nie zmienię wyznania.

Od tej pory Jezus został moim jedynym pośrednikiem. Modliłam się tylko do niego.

Zdałam maturę, wzięliśmy z Andrzejem ślub i wyprowadziliśmy się do Lubina. Byliśmy bardzo ekumenicznym małżeństwem. Mój mąż w tygodniu zaglądał do Chrześcijańskiej Wspólnoty Zielonoświątkowej, a ja jak zwykle chodziłam na msze w niedziele i nie tylko… Urodziła się nam nasza pierwsza córka i po powrocie ze szpitala nie poznawałam mojego męża. On cały czas się cieszył, nie urządził imprezy na cześć narodzin dziecka (imprezy alkoholowej), a do tego cały czas mówił o Jezusie. Okazało się, że w tym czasie oddał swoje życie Jezusowi, stał się nowym człowiekiem. Powiedział mi także, że podjął decyzję dotyczącą chrztu wodnego. Bardzo się z tego ucieszyłam, bo do tej pory myślałam sobie, że on taki biedny nieochrzczony. W głębi duszy zazdrościłam mu tej przemiany. On był taki radosny i pełen pokoju, a ja ciągle musiałam w swoim kościele robić „uniki”, aby być posłuszną temu, co Bóg dał mi poznać. W końcu ja też podjęłam decyzję; więcej nie pójdę, nie będę się oszukiwać, nigdzie nie będę chodzić.

Minął miesiąc, a mi było coraz ciężej. Jednak nie można nigdzie nie chodzić. Na dwa tygodnie przed chrztem Andrzeja wybrałam się z nim na niedzielne nabożeństwo. Ot tak, bardziej z ciekawości niż z przekonania. Kazanie było na temat Ducha Świętego. To było wspaniałe nauczanie. Wieczorem, gdy kładliśmy się spać, w końcu otworzyłam się przed moim mężem. Mówiłam: – ten człowiek tak pięknie dzisiaj mówił, a ja bym tak bardzo chciała, żeby mi ktoś tak opowiedział o Jezusie. Wiesz, ja wiem, że on umarł za cały świat, ale … I tu Andrzej zaczął mi w prostych słowach tłumaczyć, że Jezus umarł także za mnie. Łzy płynęły mi po policzkach. Całe moje dotychczasowe życie zaczęło mi ciążyć. Tak bardzo przygniatały mnie moje grzechy. Płakałam i mówiłam, że nie ma już dla mnie ratunku. Zaczęliśmy się wspólnie modlić, wyznawałam Bogu wszystkie grzechy. To była spowiedź z całego mojego życia. Nagle otrzymałam od Jezusa niesamowitą radość i pokój. Aż trudno to wyrazić słowami. Kiedy wstałam z kolan to pierwsze moje słowa brzmiały: Alleluja! Jezus żyje! Idę do chrztu…Tutaj zaskoczyłam samą siebie. Następny dzień był jakże inny od poprzednich byłam już nowym człowiekiem. Bardzo przeżywałam każdą pieśń, każdy werset z Biblii. We wtorek poszliśmy razem na nabożeństwo. Oświadczyłam starszym, że idę do chrztu. Ale oni wcale nie powiedzieli mi od razu – super! Długo rozmawialiśmy i modliliśmy się. Chcieli mieć pewność, że nie robię tego dla Andrzeja albo z jego nakazu. Wówczas to nie miałoby sensu. Ale ja wiedziałam, że narodziłam się na nowo w moim duchu!

Dzień przed chrztem dostałam wysoką gorączkę i leżałam w łóżku. Rozważałam, co będzie jutro. Wiedziałam, że moi rodzice nie przyjadą, bo oświadczyli mi to ze łzami w oczach. Może jednak powinnam zrezygnować, może nie powinnam ranić mojej mamy i mojego taty. Oni tak bardzo to przeżywają. Wzięłam do ręki Biblię i otworzyłam „na chybił trafił” (raczej tak nie postępuję). Były to słowa, które przeszyły mnie na wskroś. Czytałam: Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien… (ew. Mateusza 10;37). O Jezu ty wiesz, że cię miłuję!.

„Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien…”

Ewange;ia św. Mateusza 10;37.

Niedziela 30 czerwca 1991 roku była najszczęśliwszym dniem w moim życiu, wraz z Andrzejem zawarliśmy przymierze z Jezusem poprzez chrzest wodny. Od tamtej pory nie miałam już żadnego ataku. Moje ciało zostało całkowicie uwolnione, a moja dusza odnowiona. Kiedyś komuś powiedziałam, że modlitwa i czytanie Biblii uratowało mi życie w pełnym tego słowa znaczeniu.

(Historia Uli Borsuk z książki „Szczęściarz urodzony w PRL-u”)

——————–

Zachęcamy do udziału w Studium Biblijnym by sprawdzić jak się rzeczy mają.

Zamów nieodpłatny egzemplarz Ewangelii Jana.