Dziecko alkoholika

Mam na imię Artur i mam 43 lata. Urodziłem się w Grudziądzu, ale całe moje dzieciństwo i młodość jest związana z małym miasteczkiem, Skoczowem na Śląsku Cieszyńskim. Moje dzieciństwo nie było udane, ponieważ w domu ojciec najpierw nadużywał alkoholu, a potem stał się alkoholikiem i produkował alkohol. Był człowiekiem, który nigdy nie okazał mi miłości. Od kiedy sięgam pamięcią zawsze w naszym domu był z tego powodu konflikt, który przeradzał się w awantury i uciekanie z mamą z domu przed pijanym ojcem. Nienawidziłem tego, co robił mój ojciec i nieraz płakałem w pokoju, bojąc się go i tego co wyczynia, ale co mogłem zrobić będąc dzieckiem?

Po 12 roku życia, nienawiść do ojca narastała, a ja sam nie zauważyłem, kiedy zacząłem się robić podobny do ojca. Najpierw popalałem papierosy, później to, co ojciec produkował, kradłem i piłem. Wtedy to wydawało mi się jedyną alternatywą i ucieczką przed problemami.

Miałem krótki, trzymiesięczny incydent z „klejeniem się”, ale najbardziej pasowało mi branie tabletek popijając je alkoholem. Moje życie pełne bólu, strachu, cierpienia, rozsypywało się z każdym dniem. Byłem zbuntowany, odrzucałem wszystko, co było normalne. Sprawiałem wiele problemów w szkole, do której chodziłem. Moja mama w tym czasie zaczęła chorować, a ja bywałem coraz częściej sam z ojcem, który pił przez kilka dni z rzędu. Był człowiekiem pracowitym, ale pił i swoje frustracje przelewał na mnie.

W wieku 15 lat pisałem pamiętnik, jak nienawidzę siebie i życia. Napisałem w nim, że zanim umrę muszę zabić ojca. To, że wtedy jeszcze żyłem, zawdzięczam kolegom Jarkowi i Grzegorzowi, którzy byli wtedy ze mną. Szczególnie pomocny był mi Jarek, ponieważ miał podobną sytuację w domu jak ja i było mi łatwiej to przy nim znosić, natomiast Grzegorz tego w domu nie doświadczył.

Mama często chorowała, a mi było ciężko, ponieważ moja siostra już nie mieszkała z nami. Miała swoje życie i swoje problemy, a ja zostałem z tym wszystkim sam. Kiedy mama poważniej zachorowała, jej życie polegało na jeżdżeniu od szpitala do szpitala. A to była w szpitalu w Cieszynie, a to potem w Stalowniku, w Bielsku Białej… Mój ojciec w tym czasie znęcał się na de mną. Był okrutny. Bił, nawet kopał. Nieraz spałem pod drzwiami mieszkania, a mieszkałem w bloku na czwartym piętrze. Wiele razy spałem u sąsiadek, a czasami, ryzykując upadkiem, przechodziłem balkonem od sąsiadki z trzeciego pietra na czwarte.

Ale stało się coś dziwnego w moim usłanym kłodami, czarnymi chmurami i ciągłym niepowodzeniem życiu. W 1988 roku znalazłem się na imprezie chrześcijańskiej „Tydzień Ewangelizacyjny w Dzięgielowie”. Tam poznałem osobiście żywego i realnego Boga w Jezusie Chrystusie. Od tamtego czasu zaczęła się moja walka o moje życie.

Do tej pory straciłem bowiem wszystko, co było dla mnie jeszcze ważne. Zmarła moja mama w okrutnych, strasznych warunkach, o których nie chcę pisać. Wiele lat minęło zanim się z tym uporałem i stanąłem na nogi po tym doświadczeniu. Z jej śmiercią pogodziłem się dopiero w 2005 roku. Do dzisiaj walczę o siebie, ale jest coś na czym nigdy się nie zawiodłem. Wierzę w Boga Jezusa, który nigdy mnie nie odrzucił. Mimo iż rodzina, bliscy ludzie zawiedli, Bóg w swojej miłości nigdy mnie nie opuścił. Pomaga mi się dźwigać z tego bagna. Mimo iż upłynęło tak wiele lat, moje dzieciństwo i przeszłość nie pozwalają mi samemu stanąć na nogi. Ale Bóg, który jest silniejszy, pokazuje mi, że mnie kocha i pomaga mi każdego dnia. Żywy Jezus nadał mojemu życiu sens i cel. Odwróciłem się od życia, jakie prowadziłem, od muzyki, której słuchałem, od imprez, pijaństwa, złodziejstwa, cudzołóstwa itd., by coraz mocniej iść za Bogiem. Chociaż nie jest łatwo, choć przechodzę trudne chwile i czasem przegrywam, ponieważ daję się oszukać ludziom, to jednak zawsze pamiętam, że Jezus mnie ratuje i nie raz już uratował mi życie. Znam swoją tożsamość, wiem skąd mnie wyciągnął i dokąd prowadzi. Wiem, że mogę Mu całkowicie zaufać, bo poznałem Go jako nie tylko przyjaciela, ale również jako realnego, żywego Boga, który zawsze jest przy mnie, niezależnie od otaczających mnie okoliczności i mojego samopoczucia. Dzisiaj służę Jezusowi jak tylko potrafię i nie wyobrażam sobie życia bez Niego. Nie jestem doskonały, ale byłem umarły a teraz dzięki Jezusowi jestem żywy.

A tym, co ufają Panu, przybywa sił nowych i skrzydeł dostają jak orły. Biegną naprzód, nie czując zmęczenia, poruszają się ciągle i nie są znużeni. Izajasz 40.31

Artur Amenda