Bóg uczy mnie ufności

Urodziłam się w rodzinie, gdzie jedno z rodziców jest katolikiem praktykującym, a drugie nie, więc mój stosunek do spraw religii był zawsze bardzo liberalny.
Do kościoła chodziłam sporadycznie. Wierzyłam, że jest Bóg, który stworzył ten świat i tylko patrzy na dziejące się w nim wydarzenia, a od czasu do czasu kogoś karze za grzechy. Jaką zasadą się kieruje, nie wiedziałam.
Osoba Jezusa natomiast była mi znana, ale kompletnie nie byłam świadoma tego, kim był i jest, i co dla mnie zrobił.

Kiedy słyszałam w telewizji o kolejnej ofierze jakiegoś mordercy, zadawałam pytanie: ”Boże, dlaczego pozwalasz żyć takim zwyrodnialcom?”. Ale z drugiej strony byłam przekonana, że takich ludzi czeka pewne piekło, bo to, czego się dopuścili przekreśla wszystko. W związku z tym myślałam, że aby po śmierci pójść do nieba wystarczy być dobrym człowiekiem. Diabła postrzegałam jako postać groteskową, a nie jako realne zagrożenie. Często też czułam się przegrana, bo życie przeciekało mi przez palce, kiedy nie wykorzystywałam okazji, jakich życie mi podsuwało. Powszechne przekonanie mówi, że trzeba korzystać z życia jak najwięcej, bo śmierć kończy wszystko. Na czym mi zawsze zależało? Bynajmniej, nie na karierze, ani na bogactwie, ani na sławie. Zawsze zależało mi na miłości.

aniawlodarczyk

To pragnienie sprawiło, że nie szanowałam własnego serca, krzywdząc przy tym siebie, a przede wszystkim innych. Byłam wyjątkowo naiwna. Często też moje zranione serce leczyłam, czytając książki w stylu „przeczytaj tę książkę i zmień swoje życie.” Tego typu książki przekonywały mnie, że wszystko zależy ode mnie, a cokolwiek osiągnęłam, zawdzięczam wyłącznie sobie, bo, o ironio, wszystko, na czym mi specjalnie nie zależało przychodziło mi łatwo. Przez myśl mi wtedy nie przeszło, że być może Bóg chciał, by tak było. Moje na pozór beztroskie życie nie dawało mi jednak poczucia spokoju. Bałam się przyszłości. Co to będzie za 10 lat, czy sobie poradzę w życiu? Postrzegałam życie jako ciągłą bitwę, a siebie jako wojownika. Zastanawiałam się, co będzie, kiedy zabraknie mi sił? Niepewność mnie przerażała do tego stopnia, że szukałam pomocy u wróżek, czytałam horoskopy, interesowałam się numerologią, itp. Przerażała mnie też wizja śmierci. Całą nadzieję pokładałam w rodzicach, których bardzo kocham, choć nie zawsze okazywałam należny im szacunek. Świadomość, że ich mam, i że mogę na nich liczyć, dodawała mi otuchy, ale przychodziły też myśli, co będzie jak odejdą? Nieraz w wyobraźni opłakiwałam ich śmierć.

Pierwszy raz zetknęłam się z wierzącymi, kiedy byłam nastolatką, uczęszczałam wtedy do liceum, gdzie jedna z moich koleżanek chodziła do kościoła ewangelicznego. Dowiedziałam się od niej, że Biblia nie jest tak niezrozumiała, jak powszechnie się mówi. Wtedy też wszystkim dzieliłam się z rodzicami i kiedy oni usłyszeli o tym, że spotykam się z ewangelikami i że zaczynam zastanawiać się, czy nie zacząć chodzić do tego kościoła, stanowczo się temu sprzeciwili – poddałam się. I kiedy ponad dwa lata temu ponownie zetknęłam się z wierzącym i on powiedział mi, że zbawienie jest z łaski, a nie z uczynków, zaczęłam się nad tym zastanawiać. Zaczęłam czytać Biblię i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest napisana całkiem przystępnym językiem. W miarę czytania pojawiało się mnóstwo pytań, na część z nich odpowiadał mi mój przyjaciel, ale po pół roku czytania było ich tyle, że postanowiłam znaleźć jakiś kościół, w którym mogłabym uzyskać odpowiedzi na pozostałe wątpliwości. Poza tym, cały czas miałam poczucie nieuchronności, tak jakby za mną był mur a ja nie mogę się już cofnąć. Potem poznałam prawdę o Jezusie i uświadomiłam sobie, co On dla mnie zrobił – oddał za mnie życie i ofiaruje mi życie wieczne, jeśli Go przyjmę.

„Coś” pchało mnie do podjęcia pewnej decyzji, która jak się potem okazało zmieniła moje życie. Ta decyzja to oddanie swojego życia Jezusowi, poddanie się Jego woli, pozwolenie na to, aby to On kierował moim życiem. Muszę przyznać, że trochę się tego obawiałam. Myślałam, że Bóg wywróci moje życie do góry nogami.

Decyzję tę podjęłam prawie dwa lata temu i była to najlepsza decyzja w moim życiu.
Przez te prawie trzy lata Bóg w delikatny sposób zmienia moje patrzenie na wiele spraw, uczy mnie ufności, pokazuje jak bardzo mnie kocha. Teraz wiem, że Bóg kocha każdego człowieka i, że nawet mordercy mają szansę być zbawieni, bo Bóg w swojej łasce wybaczy im każdy grzech, jeśli tylko zawrócą ze złej drogi i przyjmą Jezusa jako swojego Pana. Teraz, kiedy mogę swoje pytania czy wątpliwości kierować bezpośrednio do Niego, znajduję odpowiedź w Bożym Słowie. Poznałam również, że modlitwa ma wielką moc. Bóg odpowiada na moje modlitwy niekiedy od razu, choć czasem na odpowiedź czekam dłużej, ale wiem, że Bóg zna odpowiedni czas. Przez te dwa lata Bóg dał mi się poznać jako troskliwy Ojciec, który zawsze będzie mnie kochał, na którego zawsze mogę liczyć. Śmierć już mnie nie przeraża, bo wiem, że po drugiej stronie „brzegu” czeka mnie „coś”, co przerasta moje wyobrażenia. I choć nadal nie wiem, jaka przyszłość czeka mnie tu na ziemi, wiem, że jestem w dobrych rękach i nie obawiam się jej, bo Jezus jest ze mną.
Dla mnie „chodzić po wodzie”, to ufać Panu zawsze i całkowicie w każdej sytuacji, choćby nie wiem jak była trudna i beznadziejna – tego Pan uczy mnie każdego dnia.

Ania Włodarczyk

www.koinonia.pl