CZY BÓG MNIE SŁYSZY?

Oto ręka Pana nie jest tak krótka, aby nie mogła pomóc,
a jego ucho nie jest tak przytępione, aby nie słyszeć.

Izajasz 59;1

Listopad 1987. W przeddzień wyjazdu mojego męża do pracy w kopalni nasz roczny synek,
Przemek, zaczął nagle wymiotować, dostał temperaturę i zrobił się pergaminowo biały. Za chwilę był już nieprzytomny. Przerażeni zawieźliśmy go do szpitala. Lekarze podejrzewali zapalenie opon mózgowych i wzięli go na oddział zakaźny, na którym nie ma odwiedzin. Jacek musiał wracać na Śląsk. Przyjeżdżał raz na kwartał do Wilkowic (koło Włocławka), gdzie mieszkaliśmy z moimi rodzicami. Przemek chorował z przerwami przez kolejne trzy miesiące. Był to dla mnie szczególnie trudny czas, bo Jacek był 400 km od domu, a ja czułam się samotna i bezsilna. Akurat w tym czasie trafiła do naszego domu kopia obrazu częstochowskiego. Klęczałam przed nim przez całą noc i modliłam się, żeby Przemek był zdrowy. Czy Bóg mnie słyszy? Pytanie to towarzyszyło mi od najmłodszych lat…

Urodziłam się jako szóste dziecko w rodzinie tradycyjnie katolickiej. Jak daleko sięgam pamięcią wstecz, rodzice prowadzili nas do kościoła i przekazali nam Boga, który był na obrazie. Nieraz, już jako dziecko, patrząc na obraz lub na krzyż, zastanawiałam się nad tym, czy On mnie widzi i czy naprawdę jest mną zainteresowany. Byłam nauczona, że poprzez uczynki możemy zasłużyć sobie na Bożą aprobatę, a nawet na niebo, starałam się więc postępować dobrze. Brałam udział w różnego rodzaju procesjach, nosiłam różaniec, stroiłam ołtarz itp. Wydawało mi się, że za każdym razem wspinam się o jeden szczebelek wyżej po drabince z czyśćca do nieba. W ten sposób dorastałam. Przyszedł kwiecień 1985 – wyszłam za mąż za Jacka. Rok później urodził nam się Przemek. Nasze życie toczyło się w miarę spokojnie. Jako ta, która regularnie uczestniczyła w mszy świętej, byłam jakby na „wyższej pozycji“ w naszym małżeństwie, gdyż Jacek nie chodził do kościoła. Uważałam się za odpowiedzialną za sprawy religijne w naszej rodzinie. Przemka zabierałam od najmłodszych dni do kościoła.

Czy Bóg mnie słyszy?
Pytanie to towarzyszyło mi od najmłodszych lat…

W maju 1987 Jacek wyjechał na Śląsk i podjął pracę w kopalni. Zaczął też szukać mieszkania, żebyśmy mogli wprowadzić się z Przemkiem do niego. Potrzech miesiącach odwiedził nas pierwszy raz w Wilkowicach. Wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Mój mąż – który właściwie nie interesował się sprawami religijnymi – powiedział mi, że Jezus nie jest tylko na obrazie, ale jest nami zainteresowany i może zmienić nasze życie. Zapytałam go, gdzie coś takiego usłyszał. Jacek opowiedział mi o koledze z pracy, który chodzi do kościoła zielonoświątkowego. Pomyślałam: Co to jest? Jakiś nowy kościół? Oprócz katolików, kilku ewangelików i świadków Jehowy, nie ma przecież innego wyznania! Byłam przekonana, że Jacek trafił do jakiejś sekty. Nie chciałam słuchać tego, co mówił. Powiedziałam mu tylko, żeby tam lepiej nie chodził.

Klękając przed obrazem Marii i prosząc o zdrowie dla Przemka, przypominały mi się słowa Jacka o żywym Bogu. Jednak nie bardzo wiedziałam, co o tym myśleć. Skąd Jacek mógłby znać prawdę? Przecież nie chodził do kościoła i nie mógł być obeznany z tematem Boga. Czułam się pewniej w tym, w czym się wychowywałam, chociaż nie miałam odpowiedzi na pytanie, czy Bóg mnie faktycznie słyszy, widzi, kocha…
Kilka miesięcy później Jacek znalazł mieszkanie w Cieszynie, gdzie mogliśmy wynająć dwa pokoiki. Bardzo się ucieszyliśmy, że po długiej rozłące będziemy znowu razem. Jadąc do Cieszyna, nie wiedziałam jeszcze, że jestem w ciąży z drugim dzieckiem. Po kilku miesiącach urodziła się Magda.
W międzyczasie Jacek oddał swoje życie Jezusowi. Kiedy mi o tym opowiedział, nie ucieszyłam się. Uraziło mnie to i nawet pomyślałam, żeby się z nim rozwieść. Bałam się, że skoro tak lekko potrafił zrezygnować z kościoła katolickiego i przejść do kościoła zielonoświątkowego, to równie szybko mógłby znaleźć sobie inną żonę… Pomyślałam: Jeśli ktoś ma zakończyć nasze małżeństwo, to niech będę to ja! Dałam mu do zrozumienia, że jeśli będzie dalej uczęszczał do kościoła zielonoświątkowego, to od niego odejdę. Jacek powiedział wtedy, że w takim razie nie będzie chodził nigdzie. Nie chciałam też żadnych rozmów na temat jego „nowej wiary“.
Mojego męża zaczął odwiedzać Bogdan – kolega, przez którego Jacek usłyszał o Jezusie. Często nasze rozmowy schodziły na temat wiary, a ja nigdy nie umiałam mu powiedzieć, że w tym domu jest to temat tabu. Bogdan nieraz opowiadał o swoich doświadczeniach z Bogiem. Czułam się nieprzyjemnie i zaczęłam bronić kościoła katolickiego. Pamiętam, jak zapytał mnie, czy znam dziesięć przykazań. Jak mogłam nie znać! Zaczęłam je recytować, a on: Nieprawda, drugie przykazanie brzmi inaczej, i przeczytał mi z Pisma Świętego, jak tam jest napisane.

Prawie za każdym razem zostawiał mnie z różnymi pytaniami i coraz bardziej zaczęły mnie one nurtować. Kiedyś zapytał mnie, co podoba mi się w kościele katolickim. Zaczęłam się zastanawiać: Ładna msza, procesja… A wtedy Bogdan zapytał: Jaki to ma wpływ na twoją relację z Bogiem? Jak to zmienia twoje życie? Nigdy wcześniej o tym nie myślałam. Zawsze wydawało mi się, że wystarczy sam fakt, że należę do jedynego prawidłowego kościoła. Podczas naszych rozmów, Bogdan wielokrotnie pokazywał mi, co Biblia mówi na różne tematy. Nieraz poruszał tylko jedną myśl i odchodził, a w mojej głowie pozostawało to na długo. Chociaż Jacek nie rozmawiał ze mną o Bogu, zauważyłam u niego zmiany. Zastanawiałam się, jak to może być, że ja – wierząca praktykująca katoliczka – zachowuję się czasami bardzo niewłaściwie, a Jacek, który do kościoła nie chodzi, jest w stanie powiedzieć: Przepraszam i przyznać się do błędu. Jeżeli coś wyprowadziło mnie z równowagi, umiałam być bardzo niemiła i używać słów, których nie wypada powtarzać. Często miałam świadomość, że posunęłam się za daleko w swoich słowach, ale przed moim mężem nie potrafiłam się do tego przyznać. Kiedy Jacek usłyszał ode mnie bardzo dużo przykrych słów i widocznie nie mógł już znieść więcej, nie odpowiadał mi w ten sam sposób, lecz wychodził na pół godziny z domu. Potem wracał, był dla mnie miły i traktował mnie tak, jak gdyby nic się nie stało. Zazdrościłam mu tego spokoju i radości, które z niego emanowały.

Zawsze wydawało mi się, że wystarczy sam fakt,
że należę do jedynego prawidłowego kościoła.

Nadal uczęszczałam do kościoła i brałam udział we wszystkich obrządkach, jednak coraz częściej zastanawiałam się, czy to, co robię, jest dobre. Bogdan przeczytał mi z Pisma Świętego: Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej… i nie będziesz się temu kłaniał. Kiedy później klękałam w kościele, te słowa dźwięczały w moich uszach… Przypomniała mi się także noc, którą spędziłam przed obrazem Marii, błagając o zdrowie dla Przemka. Bogdan zapytał mnie, w którym miejscu Biblia zachęca nas do modlitwy do obrazów. Powiedział mi, że jest to bałwochwalstwem i nie podoba się Bogu. Wtedy Jacek przyznał, że jadąc tego listopadowego dnia z Przemkiem do szpitala, modlił się w swoim sercu: Boże, jeżeli naprawdę jesteś, to zostaw nam Przemka. W tym momencie nasz synek zaczął płakać, co było dla Jacka znakiem, że Bóg istnieje i Przemek będzie żył.

Czułam się wewnętrznie coraz bardziej rozdarta. Trwało to prawie dwa lata. Zaczęłam pytać Boga, jak to wszystko naprawdę ma wyglądać, bo nie umiałam tego sobie poukładać. To, co Bogdan mi mówił i czytał z Biblii, wydawało mi się logiczne. Chociaż ciągle broniłam kościoła katolickiego, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie znam Boga, tylko tradycję. Brałam udział w drodze krzyżowej, ale nie zrozumiałam, co na tym krzyżu się wykonało. Pisma Świętego nigdy nie czytałam. Nie wiedziałam, jaki Bóg naprawdę jest. Dowiedziałam się również, że nie ma czyśćca, co pozbawiło mnie całej nadziei na niebo. Czułam się zrozpaczona i oszukana. Napracowałam się tyle lat na ten czyściec, a tu nagle okazuje się, że go nie ma! Bogdan powiedział mi wtedy, że ma lepszą wiadomość dla mnie. Przeczytał mi z Biblii: Łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił (Ef. 2,8-9). To oznaczałoby, że nie muszę zasłużyć sobie na niebo, ale z łaski mogę żyć wiecznie! Na początku tego nie zrozumiałam: Jak z łaski? Przecież tak nie może być! Trzeba coś robić! Bogdan tłumaczył: Pan Jezus tak bardzo cię kocha, że umarł za twoje grzechy i daje ci zbawienie, nie oczekując żadnych uczynków z twojej strony. Masz tylko wziąć zbawienie z Jego ręki. Moją pierwszą myślą było: Nie chcę tylko wziąć, chcę za to zapłacić.

Wtedy przypomniały mi się słowa mojego taty, który wrócił kiedyś z targu i opowiedział bardzo dziwną sytuację: Tego dnia zostało mu dużo towaru, a miał już dosyć handlowania. Chciał rozdać pozostałą kapustę za darmo. Ludzie podchodzili i pytali: Po ile jest główka?, a tata odpowiadał: Za darmo. Każdy spojrzał tylko na niego i odchodził! Nikt nie wziął kapusty! Dlatego odpowiedział kolejnym ludziom, że kapusta jest po złotówce. Wtedy zaczęli ją kupować.
Teraz widziałam w tym pewną prawdę: Jeżeli coś jest za darmo, nikt tego nie chce. Natomiast jeśli można zapłacić, chociażby symbolicznie, to każdy jest chętny. Tak samo było u mnie: Dobre uczynki dawały mi poczucie własnej sprawiedliwości. Rzeczywiście byłam niesamowicie dumna z tego, że jestem taka dobra, iż pamiętam o chorych i wszystkich potrzebujących w okolicy itd. A tu Bóg mówi: … z łaski, aby się nikt nie chlubił!

Jeżeli coś jest za darmo, nikt tego nie chce.
Natomiast jeśli można zapłacić, chociażby symbolicznie, to każdy jest chętny.

Kiedy Jacek był w pracy, czasami sięgałam po jego Biblię i czytałam. Coraz bardziej interesowało mnie też, jak wygląda nabożeństwo w kościele zielonoświątkowym i o czym oni tam mówią. Ale ponieważ wcześniej powiedziałam, że nigdy do tego kościoła nie pójdę, było mi trudno…
Pewnego popołudnia szliśmy na spacer do miasta i usiedliśmy na ławce na rynku. Przyszedł akurat Bogdan ze swoją żoną. Krysia zaprosiła mnie na nabożeństwo i powiedziała: Chodź z nami. Co ci szkodzi? Dałam się przekonać i poszłam pierwszy raz do zboru. Najpierw był śpiew uwielbiający Boga, potem kazanie pastora. Słuchając go, czułam, jakby opowiadał o moim życiu! Pod koniec kazania powiedział: Jeśli jest tu osoba, która chciałaby powierzyć swoje życie Bogu, niech przyjdzie do przodu. Pomyślałam sobie: Nie wyjdę do przodu! Chociaż w moim sercu w tym momencie było już jasne, że chcę należeć do Jezusa, nie chciałam tego pokazać. Ciągle moja duma nie pozwalała mi przyznać się do tego, że potrzebuję Boga i Jego przebaczenia, jak ziemia deszczu. Pastor wtedy powiedział, że będzie się modlił i ci, którzy się zgadzają, niech powtarzają modlitwę za nim. Pomodlił się i ja, stojąc w ławce, powtórzyłam jego słowa w swoim sercu, zapraszając w ten sposób Jezusa Chrystusa do mojego życia. Czułam, jak radość i wolność rozprzestrzeniały się we mnie. Wręcz nosiło mnie, aby o tym powiedzieć Jackowi. Oboje ogromnie się ucieszyliśmy. Jacek przyznał, że długo prosił Boga o to, żeby nastał ten dzień i byśmy mogli być razem w kościele.

To było jesienią. Uczestniczyliśmy w grupach domowych – spotykaliśmy się u kogoś w domu, czytaliśmy Pismo Święte i rozmawialiśmy o danym tekście. Modliliśmy się też razem o różne rzeczy, które nas dotykały. Dla mnie jednym z najważniejszych tematów była modlitwa o uwolnienie od papierosów. Byłam nałogowym palaczem. Jackowi bardzo przeszkadzało moje palenie. Sam kiedyś palił, ale Pan Bóg go od tego uwolnił. Dlatego chciał, żebym się modliła o to. Rzucenie papierosów wydawało mi się jednakzbyt trudne i powiedziałam: Jeśli nie dostanę od Boga po głowie, to nie zrezygnuję z papierosów. Starałam się modlić o uwolnienie, lecz według mojego uznania Bóg nie musiał się z tym śpieszyć…

Pamiętam, jak pewnego wieczoru wróciliśmy z czwartkowego nabożeństwa do domu. Po kolacji położyliśmy dzieci do łóżek, potem usiadłam wygodnie w fotelu i sięgnęłam po papierosa. Tego dnia na nabożeństwie pastor modlił się ze mną o uwolnienie od nałogu… Kiedy zapaliłam papierosa, coś mi się stało. Poczułam uderzenie w głowę i zrobiło mi się niedobrze. Pociągnęłam jeszcze raz i poczułam odruch wymiotny. Zgasiłam papierosa. Jacek obserwował mnie, uśmiechnął się i powiedział: Nie wiesz, co się stało? Bóg cię uwolnił! Nie musisz już palić! Nie spodziewałam się, że tak to będzie wyglądać! Dym papierosowy był dla mnie nagle tak nieznośny, że jeszcze tego wieczoru musiałam ściągać firanki do prania. Wszystko śmierdziało mi dymem. Nie pozwoliłam już nikomu zapalić u nas w domu. Przez jakiś czas zapach papierosów powodował, że chciało mi się wymiotować. Później się to uspokoiło, ale papieros, który zgasiłam tego czwartkowego wieczoru, był moim ostatnim. Minęły od tego momentu ponad 22 lata. Wiem, że rzeczywiście Bóg zabrał mi ten nałóg.

Nie wiesz, co się stało?
Bóg cię uwolnił! Nie musisz już palić!

Po moim nawróceniu zaczęłam regularnie czytać Pismo Święte. Poznawałam przez to Boga coraz bliżej. Na początku fakt, że oddałam swoje życie Panu Jezusowi, wcale nie wiązał się dla mnie z rezygnacją z kościoła katolickiego. Przez pierwsze tygodnie chodziłam i do kościoła i do zboru. Zaczęłam jednak w kościele odczuwać zimno i obcość. Chociaż byłam członkiem tego kościoła i uczestniczyłam regularnie w mszach, to równocześnie czułam się anonimową, nikomu nie znaną osobą. W zborze było całkiem inaczej. Łączyły nas serdeczne relacje, ale przede wszystkim wiedziałam, że Bóg zna mnie po imieniu i interesuje się mną, że nie jest tylko na obrazie. Z biegiem czasu stało się to dla mnie niemożliwe, by zostać w kościele.

Chciałam koniecznie powiedzieć o tym mamie i rodzeństwu, lecz bardzo się bałam, że rodzina mnie przekreśli. Mimo to chciałam być szczera, również ze względu na Boga. Tata już wtedy nie żył. Zaprosiłam mamę na Święta Bożego Narodzenia do nas. Nie planowałam jej jednak powiedzieć o moim nawróceniu podczas jej pobytu u nas, tylko później, kiedy odwiozę ją do domu. Bałam się, że spakuje się i wyjedzie od razu. Miałam także zamiar chodzić z nią do kościoła, póki będzie u nas.

W domu mamy skrzyneczkę z wersetami biblijnymi. Przed przyjazdem mamy wyciągnęłam jeden z nich i przeczytałam: Nie troszczcie się, jak i co macie mówić, albowiem będzie wam dane w tej godzinie, co macie mówić (Mat. 10,19). Trochę mnie to uspokoiło. Mama przyjechała i spędziliśmy ze sobą miły pierwszy wieczór. Na drugi dzień rano mama wysłała Jacka z dziećmi na spacer i chciała ze mną porozmawiać. Widziałam, że jest czymś podenerwowana. Usiadłyśmy w kuchni, a mama od razu: Powiedz mi, gdzie ty chodzisz do kościoła?!? Przypomniał mi się werset z poprzedniego dnia i w duchu tylko westchnęłam: Boże, ratuj! Mama jeszcze nie skończyła: Rano leżę tak sobie w łóżku z Przemusiem i rozmawiamy, a on mi mówi: Babciu, jak bolą cię ręce, to musisz jechać z nami do kościółka i wyjdzie pastor, będzie się o ciebie modlił i zostaniesz uzdrowiona! Kiedy mama usłyszała pastor, a nie ksiądz, to od razu zaczęła podpytywać czteroletniego Przemka. Tłumaczył jej, że jeździmy do zboru w Cieszynie… Słuchając mamy, wiedziałam, że przyszedł moment, by jej wszystko wytłumaczyć. Zaczęłam od tego, że od pewnego czasu już nie palę. Oczywiście, zauważyła to, ale myślała, że po prostu nareszcie sama zdecydowałam się na rzucenie papierosów. Tata zmarł na raka płuc, więc dla niej papierosy były czymś szczególnie negatywnym i bardzo zależało jej na tym, żebym nie paliła. Powiedziałam jej, jak odbyło się to w rzeczywistości. Potem wyjaśniłam jej moją długą drogę do Boga, z którym miałam teraz osobistą relację. Opisałam jej, jak nasze życie się zmieniło – moja relacja z Jackiem, że już nie naskakuję na niego, lecz trzymamy się razem, i że dzieci w takiej atmosferze też całkiem inaczej funkcjonują. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu mama nie pogniewała się na mnie. Posłuchała mnie i chociaż
była sceptycznie nastawiona, nie odwróciła się ode mnie. Była wtedy przez kilka tygodni u nas. Podobało jej się to, że modlimy się przed posiłkami oraz z dziećmi, zanim kładły się spać. Lubiła pieśni, które śpiewaliśmy z nimi i nawet zaczęła śpiewać razem z nami. W pewnym momencie dała się też zaprosić do zboru, również dzięki Przemkowi. Podobało jej się nabożeństwo i kazanie. Zaczęła regularnie z nami jeździć. Niedługo także oddała swoje życie Panu Jezusowi.

Do dnia dzisiejszego nie żałowałam nawet przez sekundę, że poszłam za Jezusem.

W kolejnych miesiącach i latach doświadczaliśmy różnych cudów w odpowiedzi na nasze modlitwy. Pamiętam czas, kiedy Jacek był przez 14 miesięcy na chorobowym i to spowodowało, że mieliśmy poważne kłopoty finansowe. Pewnej soboty, patrząc przez okno, zobaczyłam, że przyjechała moja siostra ze szwagrem, córką i moją mamą! Byłam przerażona: cztery osoby, które trzeba ugościć, a w lodówce mieliśmy tylko światło i trochę lodu… Zastanawialiśmy się, od kogo najszybciej pożyczyć pieniądze. Mama już weszła do domu i prosiła, żeby Jacek pomógł im się wypakować. Za chwilę Jacek zawołał, że potrzebuje klucza od piwnicy. Okazało się, że moja rodzina przywiozła mąkę, ziemniaki, słoiki z ogórkami, jajka, mięso, wędlinę, chleb, masło swojej roboty i ciasto! Widząc to wszystko, rozpłakałam się. Powiedziałam mamie: Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że Bóg was tutaj przysłał? Wcześniej czytaliśmy z Jackiem różne wersety z Biblii, w których była mowa o tym, że sprawiedliwemu nie zabraknie chleba i mamy patrzeć na ptaki – nie sieją ani żną, a Bóg je żywi. Na podstawie tych wersetów modliliśmy się o Bożą pomoc w naszej sytuacji. Chcieliśmy wierzyć Jego Słowu. I faktycznie spełniła się obietnica, że On jako kochający Ojciec zatroszczy się o Swoje dzieci!

Do dnia dzisiejszego nie żałowałam nawet przez sekundę, że poszłam za Jezusem. Była to najlepsza decyzja mojego życia. Nawet nie chcę zastanawiać się nad tym, gdzie byłabym, gdyby nie Boża łaska. Dziękuję Bogu też za to, że mogę dziś oglądać swoje dzieci, które Go również kochają.

Świadectwo pochodzi ze strony: www.zwyczajnieniezwyczajni.pl/.
---------

Zamów nieodpłatny egzemplarz Ewangelii Jana.

Zachęcamy do udziału w Studium Biblijnym by sprawdzić jak się rzeczy mają.

Zbawienie jest za darmo dla każdego, poznaj 4 prawa duchowego życia

Nie marnuj czasu i spotkaj się, by porozmawiać o swojej relacji z żywym Panem Jezusem Chrystusem.

Zapraszamy do rozmowy na naszym Czacie - prawy dolny róg strony

Wesprzyj naszą służbę, jeśli chcesz przyłączyć się do głoszenia ewangelii i propagowania chrześcijańskiego stylu życia.


Serwis internetowy www.ewangelia.pl wykorzystuje pliki cookies, które umożliwiają i ułatwiają Ci korzystanie z jego zasobów. Korzystając z serwisu wyrażasz jednocześnie zgodę na wykorzystanie plików cookies.