Był oficerem w carskiej Rosji.

Pan podtrzymuje wszystkich upadających
i podnosi wszystkich zgnębionych.
Spełnia życzenia tych, którzy się go boją,
a wołanie ich słyszy i wybawia ich

Psalm 145: 14,19

Ukończyłam właśnie 94 lata. Zdecydowałam się na opowiedzenie mojej życiowej historii, ze względu na ostanie kilkanaście lat mojego życia. Od dzieciństwa towarzyszył mi strach i ciągła obawa o życie, moją rodzinę, moje dzieci, moją wieczność. Impulsywność małej dziewczynki moi rodzice poskramiali pokazując palcem na wiszące na ścianie święte obrazy. Mówili: „Zosiu, bądź grzeczna! Bozia patrzy i niegrzeczne dzieci będzie karać!”. Bałam się „bozi”. O dziwo, w cerkwi mogłam usłyszeć dobre wiadomości o Panu Jezusie Chrystusie, a szczególnie to, że nie był srogi i gniewny, i pozwalał dzieciom przychodzić do siebie, wbrew woli religijnych, dorosłych Żydów. Kiedy pragnęłam mieć swoją ulubioną lalkę, wołałam: „Panie Jezu, Ty wiesz, że ja pragnę mieć taką właśnie lalkę”. I otrzymywałam dokładnie taką, jaką chciałam.

Mieszkaliśmy wtedy na rubieżach wschodniej Polski. Ojciec był oficerem w carskiej Rosji. Jako rodzinie wojskowego było nam dobrze do czasu obalenia caratu i wymordowania całej rodziny Romanowów. Ojciec musiał opuścić Polskę i zamieszkać u rodziny w Mińsku. Kiedy w domu była bieda, nie było chleba – rodzice narzekali, a ja, wierząc, prosiłam: „Panie Jezu, pomóż!”. I tak właśnie było. W dziwnych okolicznościach pojawiał się chleb w naszym domu. W 1937 roku ojciec został aresztowany przez bolszewików, wywieziony na Sybir i stracony. W 1940 roku rozpoczęłam naukę w szkole medycznej w Mińsku, gdzie na zajęciach z anatomii byłam paraliżowana strachem, bo doświadczenia były prowadzone na ciałach zmarłych. Z tego też powodu chciałam zrezygnować z dalszej nauki, ale mama nie zgodziła się.

…a ja, wierząc, prosiłam: „Panie Jezu, pomóż!”.

Psalm 145: 14,19

Po roku Hitler napadł na Związek Radziecki i musiałam zakończyć naukę. Zaczęły się dni pełne wojennej grozy i biedy. Ludzie z małymi dziećmi gromadzili się w piwnicach i wołali o ratunek do Pana Boga. Mama w tym czasie zabrała nas do rodziny mieszkającej w Baranowiczach i u niej zamieszkaliśmy na dłużej.

Często chodziłam na targ po żywność. Na targowisku rzucał mi się w oczy młody, bardzo obrotny, przystojny chłopak, który zajmował się handlem. Jak się okazało miał również swoje mieszkanie w Warszawie. Poznaliśmy się bliżej. Mnie, młodej dziewczynie, imponowało to, że obsypywał mnie różnego rodzaju prezentami. Dawał mi piękne sukienki, zaproponował też wyjazd do Warszawy. Zdecydowałam się, i w Warszawie, w 1942 roku zalegalizowaliśmy nasz związek. Jak się szybko okazało ciągnęło go do wojska, całymi godzinami mógł opowiadać o swoich idolach, Rydzu Śmigłym i Piłsudskim.

Działania wojenne wzmagały się. Coraz więcej łapanek i rozstrzeliwań cywilnej ludności. W sierpniu 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie. W tym czasie angażowałam się w pomoc pokrzywdzonym i pracowałam jako sanitariuszka. Kule świstały nad głowami, wybuchały bomby, waliły się budynki i wszędzie dało się słyszeć krzyk i lament bezradnych ludzi. Warszawa płonęła. Zostaliśmy złapani przez SS-manów i poprowadzeni do miejsca, z którego nas deportowano do obozów. Gorliwie modliłam się o ochronę i ratunek. Z lekcji anatomii w szkole medycznej zapamiętałam, że Boga nie można zamknąć w formie ściennego malowidła czy też odlewu gipsowego albo w bryle metalu. Rozumiałam, że Pan Bóg to wielka, niewidzialna Osoba, która posiada przeogromną moc.

Kule świstały nad głowami, wybuchały bomby,
waliły się budynki i wszędzie dało się słyszeć krzyk i lament bezradnych ludzi.

Zawieziono nas do obozu Gross Rosen (dzisiejsza Rogoźnica koło Strzegomia). Tu nas rozdzielono. Zostałam wywieziona do Rzeszy za Drezno, do Maisen i przyuczona do wykonywania zawodu szwaczki. Pracowałam tutaj do zakończenia wojny, tj. do 8 maja 1945 roku. Do Warszawy wracaliśmy czym się dało: rowerami, furmankami, a nawet pieszo – spore odcinki. W drodze powrotnej zgubiłam wszystkie swoje dokumenty. Zastałam Warszawę spaloną i zburzoną. Płakaliśmy, radując się jednocześnie, że zakończyła się ta okropna wojna. Ludzie wtedy byli dla siebie bardzo współczujący i usłużni. Pomimo wielkiego powojennego rozgardiaszu, w cudowny sposób odnaleźliśmy się z mężem i postanowiliśmy pojechać do Słupska, do jego rodziny. Mąż, mając smykałkę do handlu, szybko otworzył sklep spożywczy, nawiązał kontakt z wieloma rolnikami, brał od nich płody rolne, a rozliczał się po sprzedaniu ich. W Słupsku urodziły się nasze dzieci: syn, Czesław i córka, Ania. Po niedługim czasie, mąż został zatrudniony w słupskim Urzędzie Skarbowym. Żyło nam się dobrze aż do 1950 roku, w którym to zaczęły się prześladowania prowadzone przez UB. Niezapowiedziane przesłuchania, rewizje w mieszkaniu, a następnie aresztowanie męża. Wśród naszych znajomych zapanowała trwoga. Bano się kontaktów ze mną i moimi dziećmi. Po aresztowaniu męża, jeszcze przez trzy miesiące miałam pieniądze na życie, a następnie zostałam sama – z dwójką dzieci i bez środków do życia. Po pewnym czasie pojawił się w moim mieszkaniu tajniak z propozycją, abym sprzedała wszystko, co mam, a on przyjedzie po mnie i zawiezie mnie do męża.

Dzieci beztrosko się bawiły,
a ja wołałam do Pana Boga o ratunek.

Zrozumiałam, że zaczyna się bardzo trudny i niebezpieczny okres dla mnie i moich dzieci, i zaczęłam się ukrywać, ponieważ dowiedziałam się, że jestem poszukiwana. Poszłam wtedy do Kościoła Garnizonowego św. Piotra i Pawła w Słupsku, prosząc księdza o modlitwę do Boga za mnie i moje dzieci. Ksiądz wypisał mi metrykę urodzenia, gdyż nie posiadałam w tym czasie żadnego dokumentu tożsamości. Na metryce widniało moje panieńskie nazwisko. Wracając do domu, zobaczyłam gromadkę bawiących się dzieci. Gdy się do nich zbliżyłam, odłączyła się od nich mająca może 6 lat dziewczynka, której wcześniej nigdy nie widziałam. Powiedziała do mnie takie słowa: „Niech pani nie idzie do domu, bo czekają na panią ci z UB”. Udałam się więc z dziećmi nad wodę. One beztrosko się bawiły, a ja wołałam do Pana Boga o ratunek. Po wieczór wsiadłam do tramwaju i pojechałam na drugi koniec miasta do rodziny.

Początkowo, widząc mnie, byli zażenowani, skrępowani i przestraszeni, mając uzasadnione obawy o swoje bezpieczeństwo. Pozwolili mi jednak pozostać z dziećmi na jedną noc. Byłam już bardzo przemęczona. Postanowiłam, że pojadę do Częstochowy, aby zostawić dzieci w bezpiecznym miejscu. Pracujący na kolei znajomy kupił mi bilet, zaoszczędzając mi w ten sposób niepotrzebnego stresu. Rano wyjechałam tramwajem w kierunku dworca. Tramwaj przejeżdżał koło mojego domu. Chciałam ostatni raz spojrzeć na to miejsce. Kiedy to zrobiłam, mój wzrok spotkał się z oczami idącego z żoną tego człowieka z UB. Widziałam po jego reakcji, że mnie zauważył. Dojechałam do dworca i szybko wsiadłam z dziećmi do wagonu tuż za lokomotywą. Byłam bardzo spięta. Pociąg nie ruszał z miejsca, mimo że godzina odjazdu już minęła. To wzmagało we mnie stres.

Kierownik pociągu otworzył okno wagonu, w którym przebywał, i głośno zapytał dyżurnego ruchu o przyczynę postoju. Tamten odpowiedział: „Szukają jakiejś kobiety z dwójką dzieci”. Ten mu odrzekł: „Tu, w następnym przedziale jest taka kobieta”. Przeraziłam się okropnie, mówiąc sobie: „To jest nasz koniec…”, i czekałam w napięciu, aż wejdą do przedziału. Byłam przerażona. Wołałam cicho: „Jezu, pomóż mi i tym dzieciom”. Nastała jakaś dziwna cisza i zorientowałam się po chwili, że pociąg już ruszył. Z niedowierzaniem spojrzałam w okno i zobaczyłam oddalające się domy i drzewa. Po chwili do przedziału wszedł konduktor, sprawdził bilety, mnie i obok siedzącej kobiecie, i bez słowa wyszedł. Dojechałam do Gdańska. Po wyjściu z dworca usiadłam z dziećmi na trawniku, one zaczęły się bawić, a ja rozważałam to zdarzenie z małą dziewczynką, która ostrzegła przed pójściem do domu, i to ostanie w pociągu. Coraz bardziej rozumiałam, że Bóg, którego tak naprawdę nie znam, daje mi czytelne dowody swojej opieki i ochrony przed nieprzyjaciółmi. Wróciłam na dworzec, kupiłam bilet na pociąg do Częstochowy i – teraz już bez przeszkód – dotarłam do wyznaczonego celu podróży.

Dorożkarz zawiózł mnie do znajomej. Nosiłam się już z zamiarem oddania dzieci do sierocińca, gdyż nadal pozostawałam bez środków do życia i własnego mieszkania. Znajoma jednak przestrzegła mnie, że oddając je w takie miejsce, mogę już nigdy ich nie zobaczyć. Udałam się po kilku dniach w kolejną podróż do znajomych w Pruszkowie, którzy tak jak ci poprzedni, mogli dać mi schronienie tylko na kilka tygodni. Zdecydowałam, że powrócę do Słupska, gdzie mieszkali moja mama i brat. Pojechałam, ale zatrzymałam się u kolejnych znajomych, gdyż obawiałam się, że mieszkanie mamy może być obserwowane przez agentów UB. Po zmroku, znajoma podrzuciła małą Alinkę do mamy. Ja nie miałam odwagi tam pójść. Po pewnym czasie jednak zdecydowałam się zobaczyć małą córeczkę.

Znajoma jednak przestrzegła mnie,
że oddając je w takie miejsce, mogę już nigdy ich nie zobaczyć.

U mamy zastałam moją dawną koleżankę, której ojciec pracował jako lekarz w odległym Lubsku, za Żarami. Brat kupił mi bilet, ale ostrzegł mnie, abym była bardzo ostrożna, gdyż na dworcu jakiś nieznajomy facet pytał go, gdzie obecnie mieszkam. Gdy weszłam do środka zaraz zostałam wylegitymowana przez sokistę. Nie posiadałam w tym czasie dowodu osobistego, więc ̶ pełna koncentracja i nagłe olśnienie! ̶ sięgnęłam po metrykę, którą wypisał mi ksiądz, a w niej widniało moje panieńskie nazwisko. Sokista przejrzał i, oddając, powiedział: „To nie o to nazwisko mi chodzi”.

Po przyjeździe zdałam egzamin na pielęgniarkę dyplomowaną i rozpoczęłam pracę na Oddziale Dziecięcym w szpitalu w Lubsku. Odetchnęłam z ulgą, bo nareszcie byłam na swoim. Po pewnym czasie przeniesiono mnie do pracy do Bytnicy koło Krosna Odrzańskiego. Pracowałam w wiejskim Ośrodku Zdrowia. Tam poznałam wdowca, leśniczego, za którego wyszłam. Był bardzo dobrym człowiekiem, ale w 1981 roku zmarł. Wróciłam do Lubska. Syn poszukiwał wcześniej ojca, ale bez rezultatu. Gdy dorósł, usamodzielnił się, osiadł we Wrocławiu, podjął pracę w wojsku.

Biblia, czyli Jego Słowo,
jest pewnym fundamentem mojej wiary,
imię Jezus, które jest ponad wszystkie imiona oraz Słowo, które pokrzepia.

Będąc już w Lubsku zapragnęłam mieć własną Biblię Tysiąclecia. Pomogły mi w jej nabyciu koleżanki z pracy. U kresu dni znalazłam najważniejsze szczęście – żywą relację z Tym, który za mnie umarł, zmartwychwstał i ochraniał mnie wtedy, kiedy byłam w niebezpieczeństwie. On postawił na mojej życiowej drodze ludzi wiary: Mikołaja z Lubska, Jasię i Józefa Stępniów z Głogowa, którzy byli dla mnie zachętą do robienia kolejnych kroków w Bożą stronę. Moim pragnieniem jest dochować wierności Panu Bogu. Biblia, czyli Jego Słowo, jest pewnym fundamentem mojej wiary, imię Jezus, które jest ponad wszystkie imiona oraz Słowo, które pokrzepia.

Historia Zofii pochodzi z książki “Szczęściarz urodzony w PRL-u”
---------

Zamów nieodpłatny egzemplarz Ewangelii Jana.

Zachęcamy do udziału w Studium Biblijnym by sprawdzić jak się rzeczy mają.

Zbawienie jest za darmo dla każdego, poznaj 4 prawa duchowego życia

Nie marnuj czasu i spotkaj się, by porozmawiać o swojej relacji z żywym Panem Jezusem Chrystusem.

Wesprzyj naszą służbę, jeśli chcesz przyłączyć się do głoszenia ewangelii i propagowania chrześcijańskiego stylu życia.


Serwis internetowy www.ewangelia.pl wykorzystuje pliki cookies, które umożliwiają i ułatwiają Ci korzystanie z jego zasobów. Korzystając z serwisu wyrażasz jednocześnie zgodę na wykorzystanie plików cookies.