Życie nie zawsze jest pudełkiem czekoladek

W jednej z najpopularniejszych powieści ostatnich lat – „Forrest Gump” – jest moment, w którym Jenny opowiada Forrestowi o pragnieniu zmiany swojego życia. Chciała, aby stało się ono lepsze, a tym, co miało jej to zagwarantować, były: kochająca rodzina, domek (chyba z ogródkiem) oraz… cotygodniowe chodzenie do kościoła.

Moją uwagę przykuł szczególnie ostatni element, a to dla tego, że chodzenie do kościoła było dla mnie od zawsze dopełnieniem „porządnego, przykładnego” życia. Świadomość, że Bóg istnieje, że są rzeczy dobre i takie, których robić się nie powinno, istniały w mojej rodzinie zawsze. Później konieczność bycia dobrym człowiekiem była mi przekazywana w harcerstwie, do którego wstąpiłem w szkole podstawowej. W organizacji tej jednym z priorytetów wyrażonych w prawie i przyrzeczeniu harcerskim jest służba Bogu.

Oczywiście kategoryczny zakaz picia alkoholu czy palenia papierosów, próba pomagania innym – wszystko to było dobre, ale zainteresowanie duchową sferą życia było u mnie – jak u kilkunastoletniego dziecka – nikłe. Zorientowanie mojej uwagi na kwestiach relacji z Bogiem miało nastąpić za jakiś czas.
Pamiętam, jak kiedyś sam odpowiadałem na pytanie zadane mi przez siostrę: „Czy sądzisz, że życie, o którym pisze św. Paweł jest możliwe dzisiaj?” Widzę z perspektywy czasu, że to było tak, jak zadanie pytania statystycznemu Kowalskiemu np.: ” Czy optuje Pan(i) za tezą, iż imperatyw kategoryczny postulowany przez Immanuela Kante w obecnej postmodernistycznej dobie relatywizacji wartości jest godzien uwagi?” Ja odpowiedziałem wówczas, że tak, mimo iż nie wiedziałem do końca o jakim życiu pisał Paweł. Nie znałem po prostu Biblii. Jednak na to, żeby przekonać się, czym ona jest i co takiego pisał Paweł, musiałem jeszcze poczekać.

Specjalne wątpliwości nigdy się we mnie nie zrodziły, a to za sprawą sytuacji w rodzinie. Jest pewna prawda życiowa wyrażona słowami porzekadła: „Jak trwoga, to do Boga”, a także wynik spostrzeżeń „specjalistów” mówiący, że wiara w Boga pozwala lepiej znosić przeciwności. A te ostatnie występowały w naszej rodzinie – był nimi alkoholizm mojego ojca. Z tego powodu cierpiał każdy z nas. I w tamtych trudnych dla nas chwilach Bóg stał się ucieczką, czy choćby tym, którego można by zapytać: „dlaczego?” i wyrazić swoje pretensje. Siłą rzeczy Bóg był zawsze obecny. Miałem się wkrótce przekonać, że nie wystarczy wiedzieć, że On jest.

Nadszedł wreszcie czas, kiedy to, jak wielu młodych ludzi w wieku „późnolicealnym” zastanawiałem się nad sobą, swoją przyszłością, spełnieniem, gdzie można je osiągnąć? Może w pracy zawodowej, może w rodzinie? Sposobów na życie ludzie znajdują wiele, ale jaki jest jego cel? Świadomy byłem, że czegokolwiek się podejmę, to prędzej czy później skończy się. Przecież samo życie jest ulotne. Przecież nic nie trwa wiecznie. Nie wiedziałem wtedy jak bardzo się myliłem. Przypominałem trochę ludzi opisanych w Biblii, którzy wiedzieli, że Bóg jest, a jednak nie był On dla nich kimś realnym. Zapragnęli czegoś rzeczywistego w swoim życiu, co mogłoby wyznaczyć kierunek, w którym mają kroczyć, cel do którego mają zmierzać.

W tym to okresie pojawiła się możliwość uczestniczenia w grupie studiującej Pismo Święte. W miarę upływu czasu i zagłębiania się w nie, opisane tam historie okazywały się sytuacjami „z życia wziętymi.” Cała galeria postaci, z przeróżnymi problemami, troskami, wątpliwościami: od śmierci bliskich, poprzez choroby, głód, odrzucenie, do chęci bycia dobrym, do osiągnięcia zbawienia. I ten Jezus, który potrafił na każdą z nich coś poradzić. Co więcej, chciał i to czynił. Każdą chwilę poświęcał ludziom. A oni chcieli z Nim przebywać. W jego obecności czuli się inaczej, czuli się wartościowi, gdyż On przyjmował ich wszystkich. On im tłumaczył, że robi to, czego nauczył się od Ojca, który jest w niebie. Dla wielu było to uczucie, którego nie doświadczyli wcześniej – była to miłość. To ona kazała mu przyjąć wyrok. Zgodził się przyjąć śmierć na krzyżu i, co bolało najbardziej, oddzielenie od Ojca, w którym i przez którego żył.

„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł z śmierci do żywota.” Ewangelia Jana 5;24

Zauważyłem też, że każdy musiał przyjąć jakąś postawę wobec Jezusa. Bierne lub świadome odrzucenie albo przyjęcie go całym sercem. Od ludzi, z którymi spotykałem się, mogłem też słyszeć, jak Bóg działa w ich życiu. Widziałem wyraźnie, że to, co opisane jest w ewangeliach, nie zestarzało się, a śmierć Jezusa na krzyżu była ofiarą za każdego człowieka, również za mnie. Było to niesamowite. Odczułem, że Bogu zależy przede wszystkim na więzi miłości z każdym człowiekiem. On ją okazał, ofiarując Jezusa. Mnie pozostało odpowiedzieć miłością do Niego. Bóg przestał być osobą obcą, oddzieloną ode mnie setkami kilometrów. Stał się Ojcem, do którego mogę przychodzić ze swoimi problemami, a także dziękować Mu za jego troskę i dzielić się z Nim swą radością. On wypełnił treścią moje życie i sprawił, że mimo różnych przeszkód pojawiających się na mojej drodze, mogę zmierzać w jednym kierunku – do Niego.

Piotr Bar

Ewangelia Jana za darmo!