Za burtą – historia Waldemara.

Życie w prawdzie.

Byłem złym człowiekiem, złym mężem i złym ojcem. Paliłem papierosy, piłem w dużych ilościach alkohol, grałem hazardowo w karty z ludźmi z tzw. wyższej półki, traciłem pieniądze i „używałem życia”. Pełniłem funkcję zakładowego sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej. Robiłem wiele złego. Wierzyłem, że Bóg istnieje, ale jest gdzieś daleko i nie ingeruje w życie człowieka. Patrząc uczciwie wstecz na to, co robiłem, wiem, że z ludzkiego punktu widzenia nie było już dla mnie ratunku. Moim hobby było żeglowanie po morzach i oceanach. Zrobiłem uprawnienia sternika morskiego. Podczas jednej z wypraw, kiedy towarzystwo jak zwykle imprezowało pod pokładem, nagle załamała się pogoda, wzmógł się wiatr i zaczęło potężnie huśtać jachtem.

Moim hobby było żeglowanie po morzach i oceanach.

Dyżurny sternik nie był w stanie wyjść o własnych siłach na zewnątrz, ponieważ za dużo wypił. Podjąłem szybką decyzję, postanowiłem wyjść i walczyć o jacht, głównie w obawie o moje własne życie. Z trudem wyszedłem na pokład, będąc również pod znacznym wpływem alkoholu. Nie zdążyłem jeszcze przypiąć moich szelek do zabezpieczeń, gdy jacht ustawił się poprzecznie do fali, która uderzając we mnie z ogromną siłą zmyła mnie z pokładu. Jakimś cudem jedną ręką uchwyciłem się relingu, jednej z trzech linek okalających burty jachtu. Przerażony, mokry wisząc tak, zdążyłem wypowiedzieć tylko słowa; „Boże, to już koniec!?” Jacht obrócił się, nadeszła kolejna wysoka fala i wrzuciła mnie z powrotem na pokład – byłem w ogromnym szoku. Ogromny wstrząs dla mojego ego.

…zdążyłem wypowiedzieć tylko słowa – „Boże, to już koniec!?”

Od tej pory Pan Bóg mocniej „pukał” do drzwi mojego serca i mojego domu. Niestety serce nadal było nieczułe, duch martwy, a umysł zamroczony. Byłem głuchy nic do mnie nie docierało. Na Jego ciche pukanie odpowiedziała moja starsza córka, Agnieszka, będąc jeszcze uczennicą jednej z kołobrzeskich szkół średnich. W połowie lat osiemdziesiątych (ubiegłego wieku) uwierzyła w Ewangelię. Jako nastoletnia dziewczyna zaczęła przyjaźnić się z młodzieżą z Kościoła Chrystusowego. Coraz częściej wychodziła na jakieś spotkania młodzieżowe, a następnie na nabożeństwa. Byliśmy z żoną spokojni o córkę, bo wiedzieliśmy, że jeżeli ma kontakt z młodzieżą z tej społeczności, to jest bezpieczna od złego wpływu rówieśników, którzy właśnie w tym czasie zaczynali palić papierosy, pić piwo i eksperymentować z narkotykami. Byliśmy spokojni do czasu, gdy Agnieszka wyjawiła żonie, że podjęła decyzję, aby swoje życie świadomie powierzyć Jezusowi. Kiedy żona mi o tym powiedziała, zdenerwowałem się i zacząłem podejrzewać, że ci ludzie stanowią jednak jakieś zagrożenie dla naszej córki.

Zaproponowałem, aby Danusia, moja żona, poszła na rozmowę z pastorem i powiedziała mu, że nasza córka jest małoletnia i podlega bezpośredniemu nadzorowi rodziców.

W porządku, porozmawiam z Agnieszką, aby we wszystkim była wam posłuszna.

On rzekł; „W porządku, porozmawiam z Agnieszką, aby we wszystkim była wam posłuszna”. Kiedy żona mi to powiedziała, kamień spadł mi z serca. Na przełomie 1989/1990 roku dołączyła do tego Kościoła moja młodsza córka, Monika. Muszę powiedzieć, że poczynań moich dzieci nie akceptowałem, ale też nie stałem się ich wrogiem, byłem tylko rozgoryczony, że odeszły od „wiary ojców”, chociaż sam już dawno jej nie praktykowałem. Otrzymałem od Agnieszki w prezencie Pismo Święte z dużymi literami. Oboje z żoną pocieszaliśmy się, że dobrze przynajmniej, iż wierzą w tego samego Boga. Któregoś dnia zaproponowałem żonie, aby poszła do tego kościoła i sama sprawdziła, jaki charakter mają te spotkania. Poszła więc za moją namową przekonać się, co dzieci tam robią i została, najpierw jako sympatyczka, a następnie członkini. Zostałem sam na „placu boju”. Po kryjomu przeczytałem egzemplarz Pisma Świętego Nowego Testamentu i nie znalazłem tam nic, co by wyjaśniało mi postępowanie żony i dzieci. Ciągle mówiły o Jezusie Chrystusie i kilka razy w tygodniu chodziły do tego kościoła i bardzo długo tam przebywały. Pewnego wieczoru, pierwszy raz od wielu lat, pomodliłem się. Prosiłem, by Pan Bóg zabrał zniewolenie papierosami, alkoholem, hazardem (kartami) i uwolnił mnie od pożądliwego oglądania się za kobietami.

Po kryjomu przeczytałem egzemplarz Pisma Świętego Nowego Testamentu…

Stało się to bez wysiłku z mojej strony. Zostałem dzięki Jego łasce uwolniony od wszystkich nałogów. Ochrzczono mnie w dniu Zielonych Świąt 4 czerwca 1995 roku. Dzisiaj żałuję tylko tych dziesięciu lat, gdy odmawiałem Bogu pójścia za Nim. Jestem teraz szczęśliwym człowiekiem. Bóg przebaczył mi moje grzechy. Zapisał moje imię w Księdze Życia, otrzymałem usprawiedliwienie i dar życia wiecznego. Bóg mnie usynowił, kocha mnie i obdarza swą łaską. Wszystko, co mam i kim teraz jestem, zawdzięczam tylko mojemu Zbawicielowi. Duch Święty przemienia moje życie i przygotowuje do wypełnienia tych pragnień, które sam włożył do mojego serca. Wierzę że Ten, który rozpoczął dobre dzieło we mnie, będzie je też kontynuował aż do ostatniego dnia mojego życia tu na ziemi.

Wszystko, co mam i kim teraz jestem, zawdzięczam tylko mojemu Zbawicielowi.

(Historia Waldemara z książki „Szczęściarz urodzony w PRL-u”)



Zachęcamy do udziału w nieodpłatnym Studium Biblijnym.