Więcej niż przyjaciel

Nigdy nie miałam zażyłych przyjaciół. Nie wiem, dlaczego. Problem chyba tkwił gdzieś głęboko we mnie. Nie wiem, czy to kwestia charakteru, czy też kompleksów. Nie do końca się akceptowałam. Nos jak kartofel, niemodne ciuchy, głupia fryzura, lok kręcący się nie w tę stronę, co powinien – dorastająca dziewczyna zawsze znajdzie w sobie jakiś defekt. A może to wynik problemów w rodzinnym domu i związanego z nimi poczucia wyobcowania? Choroba, z jaką zmagaliśmy się w rodzinie należała w końcu do dość specyficznych i jako dziecko na swój sposób ją przeżywałam.

Jako nastolatka miałam wiele dobrych koleżanek, z żadną jednak nie potrafiłam wejść w więź godną miana przyjaźni. Również w kontaktach damsko – męskich byłam nieśmiała, zamknięta w sobie i nie cieszyłam się takim powodzeniem u chłopców, jak inne dziewczyny. Bałam się, że nigdy nie znajdę męża. Czułam się samotna i wyobcowana w tłumie. Równocześnie tęskniłam za głęboką przyjaźnią z kimś, kto mnie zrozumie, kto mnie pokocha, przed kim będę potrafiła otworzyć swe serce.

Miałam też inny problem. Był nim strach. Mniej więcej od szkoły podstawowej panicznie bałam się ciemności, duchów i jakiegoś bliżej nieokreślonego zła, czającego się obok mojego łóżka. Wiem, że psycholodzy zrzuciliby to na specyfikę wieku, w jakim byłam i na dziecięcą wyobraźnię. Tyle, że ja z tego jakoś nie potrafiłam wyrosnąć, a żadne wyjaśnienia i tłumaczenia mi nie pomagały. Cały czas miałam wrażenie, że ktoś zły zaraz mnie dopadnie, że pochwyci mnie jakaś demoniczna dłoń. Tak, wiem, niektórym wyda się to śmieszne, niedorzeczne, głupie. Ale wiem też, że wielu z was jest podobnie jak ja sparaliżowanych strachem i doświadcza różnych trudnych do wytłumaczenia rzeczy. Ten lęk nie pozwalał mi normalnie funkcjonować. Nie wyrastałam z niego. Jeszcze będąc w szkole średniej sypiałam skulona, spocona ze strachu i trzęsąca się jak w febrze, całkowicie ukryta pod kołdrą, która miała mnie niby ochronić od otaczającego mnie zła. Często wykradałam rodzicom z szafki latarkę i w nocy pod kołdrą zapalałam ją, by rozproszyć mrok i zająć myśli czytaniem jakiejś książki.

Byłam bardzo religijną dziewczyną. Starałam się z oddaniem wykonywać wszystkie religijne praktyki zalecane przez kościół, by być blisko Boga. Równocześnie jednak, mimo całej mojej gorliwości, czułam się od Boga daleko. Modliłam się, ale miałam wrażenie, że moje modlitwy nie są w stanie przebić się przez sufit. Pragnęłam żywego Boga i żywej wiary.

Dużo czytałam i to właśnie przez książki Bóg dotarł do mojego serca. Trafiły w moje ręce książki z opisanymi historiami ludzi, którzy doświadczyli w życiu działania żywego Jezusa- doznali uzdrowienia, przemiany życia, ratunku z różnych nałogów i trudnych doświadczeń. Dzięki tym opowieściom zrozumiałam, że Jezus to nie tylko postać z odległych czasów, że nie jest On odległy i mistyczny, ale jest prawdziwą osobą. On żyje i działa tak, jak działał 2 tyś. lat temu. Uświadomiłam sobie również, że żadne moje religijne praktyki nie są w stanie zbliżyć mnie do Boga, że moje winy są czymś, co mnie od Niego oddziela i że tylko Jezus jest moim ratunkiem. By móc doświadczać Boga, muszę zbliżyć się do Niego przez Jezusa.

Zaczęłam modlić się, by Bóg wybaczył mi moje winy, by Jezus wszedł do mojego życia i je przemienił. Chciałam, by był moim najbliższym przyjacielem. Wierzyłam, że skoro On żyje i jest prawdziwą osobą, to można mieć z Nim równie prawdziwą, osobową więź i bardzo jej pragnęłam.
Być może niektórym wyda się to niemożliwe, nierealne, nie z tego świata, ale Jezus wkroczył do mego życia i okazał się najwspanialszym przyjacielem, jakiego można sobie wymarzyć. Od czasu tej szczególnej modlitwy zaczęłam doświadczać obecności Jezusa w moim życiu. Gdy się modliłam odczuwałam, że On jest tuż obok mnie i mogę rozmawiać z Nim jak z najbliższym przyjacielem. I nie był to monolog. On również mówił do mego serca. Odpowiadał na pytania, pocieszał, gdy byłam smutna, pouczał, gdy tego potrzebowałam. Jego obecność przynosiła radość i ukojenie. Czułam się kochana i akceptowana.

Obecność Jezusa sprawiła, że poczułam się naprawdę bezpieczna. Lęk, który paraliżował mnie przez wiele lat, z dnia na dzień zniknął bez śladu. Poczułam się wolna, niczym niezagrożona i po raz pierwszy od lat zasnęłam odprężona i spokojna. Dla mnie, osoby, która przez lata była sparaliżowana lekiem, było to po prostu cudowne.
Jezus zmienił też mnie, moje spojrzenie na mnie samą oraz na otaczający mnie świat. Te zmiany może nie były spektakularne, ale w rzeczywisty sposób dokonywały się w moim wnętrzu i wiem, że były wynikiem mojego spotkania z Nim. Były to takie proste rzeczy, których na co dzień nie zauważamy, stają się wręcz naszą codziennością, w których nie widzimy nic złego, a jednak nie potrafimy się ich pozbyć. np. przeklinanie, nadużywanie Bożego imienia, plotkowanie, nieprzebaczenie. Obecność Jezusa sprawiała, że w naturalny sposób te rzeczy odchodziły ode mnie, brzydziłam się nimi i nie chciałam mieć z takimi postawami nic wspólnego, choć wcześniej nie zauważałam zła, jakie za nimi stoi. Jezus pomógł mi też zaakceptować siebie taką, jaką jestem i otworzyć się na relację z innymi ludźmi. Dziś mam kochającego męża, dom, rodzinę, prawdziwych przyjaciół – to, za czym zawsze tęskniłam. On sam zaś stał się dla mnie kimś więcej, niż przyjacielem. Stał się moim wybawcą, obrońcą, schronieniem, kimś najbliższym i najcenniejszym.

Spotkanie z Jezusem przemieniło moje życie. On naprawdę żyje. Dziś wiem to nie tylko z książek czy z opowieści innych ludzi. Doświadczam tego osobiście.

Iwona Smosna