Uszanować Niebo.

‘’A takie jest to świadectwo, że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego. Kto ma Syna, ma żywot; Ikto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota

I List Ap.Jana 5,11-12.

Urodziłam się na Pradze Południe w Warszawie w okresie głębokiego PRL-u. Kto zna z tamtych czasów Pragę wie, że to była dzielnica niewykształconych robotników, biedy, alkoholu i braku perspektyw.

Jestem historykiem i może dlatego najbardziej zapamiętałam z młodości fakt wypowiedzi mojego niewierzącego w Boga kierownika szkoły, który poinformował nas uczniów, że Jezus był tylko i wyłącznie postacią historyczną. W młodości biegałam do kościoła prawie codziennie, przyjmując Boga zamkniętego w małym białym opłatku. A zarazem wysłuchiwałam w szkole tyrad na temat wyższości ustroju socjalistycznego nad zgniłym kapitalizmem.

To był okres poszukiwań swojej tożsamości. Pamiętam, że jeden z moich pierwszych wierszy był właśnie o socjalizmie. Napisałam go dość zgrabnie w trzeciej klasie szkoły podstawowej, tak zgrabnie, że nauczycielka wywiesiła go w gablocie na szkolnym korytarzu i tam wisiał przez cały rok szkolny.

W liceum również podlegałam wszechobecnej indoktrynacji. Z moimi kolegami chodziłam obowiązkowo na przymusowe pochody majowe, prace społeczne w podwarszawskich spółdzielniach produkcyjnych, słuchałam z wypiekami na policzkach jak pięknie socjalistycznie będę budować Polskę i że nie mogę robić tego w dżinsach. Później na wiecu w Sali Kongresowej ochoczo na pytanie – „pomożecie?” krzyczałam z zapałem „pomożemy” i coraz bardziej wierzyłam w swoją i socjalizmu siłę i moc.

Na szczęście byli również w moim życiu tacy nauczyciele, którzy uczyli samodzielnego myślenia oraz mój tata, który spokojnie któregoś dnia stwierdził bez zgłębiania się w tajniki polityki, że wyrwie mi nogi z wiadomej części ciała jeśli wstąpię do partii.

Będąc już słuchaczką studium nauczycielskiego i przewodniczącą ZMSP w szkole poznałam mojego męża, który był w tamtym czasie żołnierzem w obsłudze gabinetu Ministra Obrony Narodowej – Jaruzelskiego.

Już od 16 roku życia wiedziałam, że będę mieszkać na zachodzie Polski w białym domu, że będę musiała przełożyć egzamin końcowy ukończenia Studium Nauczycielskiego, bo umrze moja teściowa dwa dni po moim ślubie i że umrze mi pierwsze dziecko. Wiedzą tą zostałam obarczona podczas wizyty u jasnowidzki, do której zaciągnęła mnie moja ciocia.

Pani jasnowidz była profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i z niesłychaną precyzją określiła przyszłe lata życia mojej cioci, jak również moje. Uwierzyłam bez pytań i zastrzeżeń tym bardziej, że moja ciocia – stara panna tego samego dnia otrzymała (zgodnie z przepowiednią) zaproszenie na ślub, gdzie poznała swojego przyszłego męża i po 10 latach również zgodnie ze słowami pani profesor zmarła na raka.

Gdyby mi ktoś dał Biblię do ręki i pokazał słowa, które mówią o tym, że wróżbiarstwo jest traktowane przez Pismo Święte jako grzech, narażanie się na kontakty z siłami nieczystymi a tym samym wejście w obszar kłopotów w moim życiu nie wydarzyłoby się wiele złych rzeczy, w tym śmierć mojego pierwszego dziecka. Biblia w Księdze Kapłańskiej poucza:

„Nie będziecie uprawiać wróżbiarstwa. Nie będziecie uprawiać czarów” – 19,26. „Także przeciwko każdemu, kto się zwróci do wywołujących duchy albo do wróżbitów, aby uprawiać z nimi nierząd, zwrócę oblicze i wyłączę go spośród jego ludu” – 20,6

Księga Powtórzonego Prawa przypomina:

„Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza” – 18,10-12.

Takie są konsekwencje wróżbiarstwa nawet czytania niby dla zabawy horoskopów.

My ludzie mamy wybór, możemy przeżyć życie będąc pod przekleństwem grzechu, ale możemy też przyjąć zbawienie Kogoś kto nas ukochał zanim się jeszcze urodziliśmy. Przyszedł czas, że to właśnie miłość Jezusa ’’obezwładniała mnie cudownie‘’ coraz bardziej. Kiedy modliłam się wiedziałam, czułam że On żyje, że nie jest tylko postacią historyczną. Ale humanizm, którym byłam przesiąknięta do szpiku kości walczył we mnie i mówił mi jednak, że to ja jestem pępkiem świata. Wiele rzeczy zależy w naszym życiu od właściwej perspektywy. Na przykład – oko ludzkie nie widzi wszystkich kolorów tęczy, która pojawia się czasami na niebie. Czy zaufać zatem swojemu wzrokowi? Ja postanowiłam zaufać Temu, który stworzył tęczę. Kiedy moje drugie dziecko-Marcin urodził się w zupełniej sinicy, nikt mu nie dawał szansy przeżycia. Jednak ja się modliłam każdego dnia ciąży i wierzyłam kiedy wszyscy zwątpili.

Bóg zbawił mnie kiedy syn miał pół roku. O Żywym Słowie w najmądrzejszej księdze świata powiedziała mi koleżanka z pracy. Dziś zabawnym wydaje mi się wspomnienie, o tym co musiał przeżywać mój mąż widząc mnie z Biblią od rana do wieczora, a właściwie do nocy. Gotowałam – czytałam, sprzątałam – czytałam nawet chodziłam do łazienki z Biblią. Rosła we mnie radość i zachłanność czytania Słowa. Zadręczałam się pytaniem; dlaczego o tym żywym Bogu nie powiedział mi nikt, ani na lekcjach religii, ani w kościele na spotkaniach majowych, czerwcowych, ani nawet na spotkaniach wspólnoty charyzmatycznej, do której uczęszczałam. Któregoś dnia czytając Biblie zasnęłam głębokim snem, mój syn spał w łóżeczku. Kiedy obudziłam się w telewizji zobaczyłam fragment spotkania, jak się później okazało wspólnoty wierzących ludzi. Podnosząc ręce do góry modlili się do żywego Boga. Ogarnęło mnie poczucie winy, potrzeba odwrócenia się od grzechów, zrozumiałam też motywację swoich czynów – nie było się czym chwalić niestety.

Kiedy tak stałam pośrodku pokoju zatrzymana w bezruchu przez swoje myśli raptownie usłyszałam szum, jakby wiatru wiejącego coraz głośniej i szybciej. Wiedziałam, a raczej przeczuwałam, że nie jest to wiatr ziemski, że jest to Duch Święty. W pewnym momencie poczułam fizyczną obecność Kogoś. Wiedziałam, że już nie śpię, że jest to rzeczywistość namacalna i słyszalna.

Zaczęłam się wtedy modlić jak dziecko. Poprosiłam żeby On przebaczył mi grzechy i żebym była zbawiona. Odczucie jakie wtedy mnie dotknęło nie jest do opisania. On dotknął swoją cudowną miłością i obecnością. Wiedziałam, że jestem zbawiona tu i teraz.

O tyle rzeczy człowiek zabiega w życiu; o dach nad głową, o wykształcenie dzieci, o dobre jedzenie, ale ile osób wie i rozumie, że najważniejsze jest Zbawienie. Zapewnienie sobie wieczności, przyjęcie jej w prezencie. Wieczności, która czy chcemy czy nie chcemy nastąpi również dla nas.

Swoim uczniom na lekcjach historii zawsze przybliżam z żartem teorie wielkiego wybuchu, która jest w programie szkolnym mówiąc, że „na początku było nic, a potem to nic wybuchło’’. Człowiek nie potrafi wyjaśnić początku swojej bytności we wszechświecie, nie wyobraża sobie początku i końca, bowiem tylko On – Bóg, jest zarówno początkiem i końcem. Za Czesławem Niemenem lubię śpiewać wiersz Norwida w którym autor pięknie napisał – „chciałbym uszanować Niebo”. Tak chciałabym uszanować Niebo, chciałabym uszanować mojego Zbawiciela. Aby się zachwycić wystarczy ‘’popatrzeć’’ poprzez teleskop Hubble’a, (który powiedział nam fundamentalne rzeczy o Wszechświecie i podarował najpiękniejsze zdjęcia kosmosu), aby zobaczyć, w którym miejscu my ludzie jesteśmy i kim jesteśmy a kim naprawdę jest Bóg.

Mija trzydzieści jeden lat kiedy przyjęłam prezent od Boga – Zbawienie darowane mam w Jego Synu Jezusie. Mój mąż, który uwierzył w Zbawienie przez Krzyż będąc przekonanym przez Boga w sposób ponad naturalny – dostał obietnicę, że zbawiony będzie cały nasz dom. Moje dzieci Marcin – nauczyciel wf i Natalia – psycholog przyjęły Jezusa jako swojego Zbawiciela będąc młodymi ludźmi. Dziś również w miłości Boga wychowywane są moje wnuki. Mój mąż i ja wiemy, że Bóg nigdy nie zawodzi i się nie spóźnia. Jednak Bóg wymaga walki. Wiele razy doświadczyliśmy, że jako chrześcijanie jesteśmy na pierwszej linii frontu.

Nie wolno nigdy zapomnieć, że nie początek Zbawia, ale koniec. Zbawienie jest nam dane z łaski, za darmo, ale my musimy czasami walczyć duchowo o to co nam Bóg zapewnił poprzez swoją śmierć – zdrowie, powodzenie, miłość, jedność, braterstwo. To nie jest tania ewangelia sukcesu i powodzenia. Bóg za nią zapłacił życiem swego Syna

A takie jest to świadectwo, że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota (1Jana 5,11-12)

Anna.

(Historia Ani z książki „Szczęściarz urodzony w PRL-u”)

Zamów nieodpłatny egzemplarz Ewangelii Jana.

Zachęcamy do udziału w darmowym Studium Biblijnym.