Święta rywalizacja.

Mając może około 4 lat posiadałem własną komżę i dzwoneczek sprezentowane mi przez zaprzyjaźnione z rodzicami siostry zakonne. Służyłem wtedy nawet już do mszy w małym kościółku pełniącym rolę kaplicy domu opieki społecznej prowadzonym przez siostry zakonne. Tamtejsze siostry bardzo mnie lubiły, z wzajemnością zresztą. Rodzice kiedyś mi przypomnieli, że podobno już wtedy zdradzałem zamiary zostania w przyszłości księdzem. Nie wiem czy było to prawdą, ale po święceniach kapłańskich ktoś nawet mi powiedział, że siostry niejako „wymodliły” mi powołanie. Mogę powiedzieć przynajmniej, iż atmosfera w jakiej wzrastałem wtedy i przez następne lata sprzyjała bardziej przyszłej „karierze” duchownego aniżeli jakiemuś innemu kierunkowi życia.

Powoli wyrastałem na człowieka bardzo religijnego i skrupulatnego w tym wszystkim szczególnie, co dotyczy Boga i Jego spraw.

Powoli wyrastałem na człowieka bardzo religijnego i skrupulatnego w tym wszystkim szczególnie, co dotyczy Boga i Jego spraw. Szczególną czcią darzona była w mojej rodzinie jak chyba w większości rodzin katolickich osoba Matki Jezusa. Nie pamiętam jednak, aby moi Rodzice w jakiś szczególny sposób wpajali mi nabożeństwo do matki naszego Pana. Myślę, że mimo wszystko panowała w mojej rodzinie jeszcze duża równowaga teologiczna, a na pewno nie miał miejsca tzw. fanatyzm religijny. Mogę w tej chwili szczerze powiedzieć, że otrzymałem od Boga dobrych szlachetnych i kochających mnie rodziców, którzy do tej pory zrobili wszystko co potrafili i uważali, abym ja był szczęśliwy i aby Bóg miał ze mnie pożytek tutaj na ziemi. Wierzę, że zawsze działali w dobrej wierze tak jak apostoł Paweł, który przed swoim nawróceniem w pełni oddany służbie Bożej, nieświadomie prześladował Jezusa Chrystusa w Jego Kościele.

Po zakończeniu szkoły średniej rozpoczął się dla mnie całkiem nowy, nieznany etap życia. Był rok 1984. Musiałem bardzo konkretnie pomyśleć o moim przyszłym życiu: kim chciałbym zostać, czym się zajmować bo przecież z czegoś też trzeba żyć. Zdałem egzaminy maturalne i musiałem odpowiedzieć sobie na te pytania bardzo szybko i konkretnie. Prawdę mówiąc to nie miałem szczególnie konkretnych pomysłów na to co uczynić z moim życiem i jak nim pokierować. Po prostu nie wiedziałem co ze sobą zrobić, czym się zająć. Jednakże pewne okoliczności życiowe ułatwiły mi w bardzo krótkim czasie podjąć decyzję, której oznajmienie wywołało wśród wielu, którzy mnie znali jednocześnie zaskoczenie i podziw. Jakie to były okoliczności?

Otóż mniej więcej w drugiej klasie Liceum spotkałem się, dzięki mojej babci i rodzonym braciom, z pewnym księdzem diecezjalnym z Lublina, który z kolei był w stałym kontakcie z włoskim zgromadzeniem zakonnym Towarzystwo Świętego Pawła i zamierzał też do tej formacji zakonnej wstąpić. On też zapoznał mnie z tym zgromadzeniem, które mniej więcej od 1978 roku starało się zakorzenić w Polsce. Zgromadzenie to stawiało sobie za cel głoszenie Ewangelii poprzez środki społecznego przekazu.

Przez dwa lata byłem w bliskiej z tym zgromadzeniem zakonnym i panujący wewnątrz klimat bardzo mi odpowiadał. Ponadto do atrakcji należały częste kontakty z zagranicą szczególnie z Rzymem centrum chrześcijaństwa jak wtedy uważałem; przyjeżdżali wtedy do Częstochowy, gdzie było polskie centrum tego zgromadzenia zakonnego, różni goście z Włoch. W sumie wszystko było bardzo atrakcyjne i pociągające, szczególnie zaś dla młodego, odważnie spoglądającego w przyszłość, człowieka. Pomyślałem, że podobałoby mi się życie w takim „nowoczesnym” zakonie. Nikt się decyzji tej nie sprzeciwił, może z wyjątkiem taty, który powiedział mi tylko, abym się zastanowił, czy robię dobrze. Ja jednak byłem pewny, że postępuję właściwie, zwłaszcza, że moje serce się radowało na myśl o tym, że kiedyś będę mógł stanąć przy ołtarzu jak wielu znajomych księży spełniać takie jak wówczas wierzyłem, „święte” czynności i być tak blisko Boga, bliżej niż wszyscy inni ludzie.

Byłem wtedy bardzo szczęśliwy, gdyż myślałem, że zaczynam realizować Boży plan względem mojej osoby.

Byłem wtedy bardzo szczęśliwy, gdyż myślałem, że zaczynam realizować Boży plan względem mojej osoby. Cóż, jako człowiek głęboko wierzący i miłujący Boga cały czas uważam, że nic nie dzieje się bez jego woli. Powiedziałem Bogu „tak”. Czyż mogło być coś bardziej wspanialszego niż ta harmonia pomiędzy Bożym powołaniem, a odpowiedzią na nie ze strony człowieka. Wiedziałem już więc czego Bóg ode mnie chce i byłem wówczas najszczęśliwszym chyba człowiekiem na świecie. Poparcie ze strony całej rodziny, znajomych i duchowieństwa, a ponadto wizja przyszłej, atrakcyjnej pracy na niwie Pańskiej stały się dla mnie jeszcze dodatkowym motywem, bodźcem oraz potwierdzeniem mojego powołania do stanu duchownego.

W październiku 1984 roku rozpocząłem studia i formację w seminarium diecezjalnym w Krakowie jako student pierwszego roku filozofii. Zgromadzenie zakonne, z którym pragnąłem związać moją przyszłość nie miało w Polsce swojego seminarium (miejsca kształcenia przyszłych duchownych). Również pierwszy dom był dopiero co postawiony i zakonników było zaledwie kilku, dlatego kandydaci do tego zakonu kształcili się gościnnie przez pierwsze dwa lata (filozofia) w Wyższym Częstochowskim Seminarium Duchownym w Krakowie. Jako, że po skończeniu Liceum, poszedłem od razu do seminarium, to w ten sposób uniknąłem wojska. Jednakże atmosfera seminaryjna i panujący wewnątrz surowy regulamin, myślę, że niczym nie odbiegały w zewnętrznej formie od koszar wojskowych, z tą różnicą, że w wojsku szkolono w celach zapewnienia bezpieczeństwa państwu i obywatelom na wypadek wojny a w seminarium kształcono na przyszłych przewodników duchowych, czy jak kto woli, duszpasterzy, którzy mieliby dopomóc ludziom w trwaniu w kościele rzymskim i na drodze do Boga.

Ciekawe jest to, że mnie osobiście warunki seminaryjne bardzo się podobały, ten surowy regulamin utożsamiałem zawsze z wolą Bożą i uważałem, że tego typu dyscyplina jest niezbędna, aby nasze nieposłuszne ciało utrzymać na wodzy poddając pod posłuszeństwo przełożonym, których przecież dał mi nie kto inny jak tylko sam Bóg. Często dziękowałem Bogu za przełożonych. Jakże bardzo widziałem w nich odbicie samego Boga. Musiałem się ich więc ślepo słuchać. Nieposłuszeństwo względem przełożonych uważałem za nieposłuszeństwo względem samego Boga. Pamiętam, że chciałem być w seminarium najlepszy, i to w każdej dziedzinie. Istniała w seminarium również tzw. „święta rywalizacja”, o której choć nie mówiło się oficjalnie, to jednak była praktykowana przez wielu, a wśród nich również przeze mnie.

Istniała w seminarium również tzw. „święta rywalizacja”, o której choć nie mówiło się oficjalnie, to jednak była praktykowana przez wielu, a wśród nich również przeze mnie.

W nauce filozofii i pewnych elementów teologii nie byłem może orłem, ale w dziedzinie pobożności, to myślałem, że poradzę sobie ze wszystkimi i znajdę się w czołówce. Patrząc wstecz uśmiecham się teraz do tego i z niedowierzaniem kręcę głową zdając sobie sprawę jak bardzo wtedy człowiek był skoncentrowany na sobie zamiast na Bogu. Tak też było. Wychodziłem z siebie, aby dorównać innym kolegom, a następnie ich przewyższyć. Chciałem być świętym, ale takim, o którym wszyscy będą głośno mówili a nie takim, który bezkompromisowo naśladuje Chrystusa opisywanego tak pięknie i realistycznie przez proroka Izajasza: Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu jak ten, przed którym zakrywa się twarz, wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na niego (Izajasz 53,3). Chciałem być więc świętym na miarę postaci o których dowiedziałem się z tzw. życiorysów świętych, śledząc i próbując wdrażać we własne życie ich mniej lub bardziej fantastyczne biografie. Tam wymalowany był jakby mój ideał świętości, która lśni, o której wszędzie słychać, o której wszędzie piszą.

Pragnąłem być chyba takim popularnym świętym, który wszystkim będzie się podobał.

Pragnąłem być chyba takim popularnym świętym, który wszystkim będzie się podobał, którego wielu będzie naśladować nie bacząc na słowa z listu apostoła Jakuba: Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga (Jakub 4:4) lub na słowa jednoznacznie ukierunkowujące życie chrześcijańskie, a które obecnie są, mogę powiedzieć, moim mottem życiowym: Patrząc na Jezusa, sprawcę i dokończyciela wiary, który zamiast doznać należytej mu radości, wycierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i usiadł na prawicy tronu Bożego (Hebr. 12:2). Czas w seminarium był bardzo ściśle wypełniony, przede wszystkim nauką filozofii i fragmentami teologii św. Tomasza z Akwinu. Ponadto dużo było przeróżnych tzw. praktyk pobożnych stałych i okresowych, a wśród nich przede wszystkim codzienna medytacja w kaplicy, poranna msza, trzy razy dziennie modlitwa „Anioł Pański” z rachunkiem sumienia, w piątki „droga krzyżowa” i wiele, wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych. To wszystko nie było dla mnie ciężkie, ponieważ dobrze wiedziałem czego chcę i z wytrwałością pokonywałem wszystkie napotkane trudności. Pytałem się kiedyś, jeszcze na pierwszym roku ojca duchownego dlaczego to poranne medytacje musimy robić w oparciu o książki do medytacji a nie w oparciu o Pismo Święte. Odpowiedział mi wtedy, że Pismo Święte jest dla nas najmłodszych jeszcze za trudne i dopiero na starszych latach, gdy poznamy trochę teologii, poradzimy sobie również z Pismem Świętym. Przyjąłem to wytłumaczenie i już nigdy do tej sprawy nie powracałem.

Przez dwa lata skupiałem się każdego ranka na książkach do medytacji a po południu poświęcałem regulaminowe 15 minut na czytanie Pisma Świętego i 30 minut na tzw. lekturę duchową (jakaś książka autora katolickiego lub życiorys świętego). Teraz przyznaję, że dziwne to były proporcje, ale wola przełożonych, przynajmniej dla mnie, była wolą Bożą, której należało się bezwzględnie podporządkować. Podczas pobytu w seminarium nie miałem żadnych, nawet najmniejszych wahań co do kierunku mojej drogi życiowej. Miałem natomiast ciągłe wyrzuty sumienia, że Pan Bóg nie jest jeszcze ze mnie do końca zadowolony i że powinienem bardziej się jeszcze starać, aby być lepszym.

Kończył się drugi rok mojego pobytu w Krakowie i ja coraz bardziej żyłem obietnicą daną mi i pozostałym trzem moim kolegom przez naszych przełożonych zakonnych, że po zakończeniu dwóch lat filozofii w Krakowie wyjedziemy na dalszą formację zakonną czyli na nowicjat i może dalsze studia do Rzymu, tego miasta, które ja tak bardzo pragnąłem na własne oczy zobaczyć. Tak też się stało i w lipcu 1986 roku razem z pięcioma jeszcze kolegami wyjechałem do Rzymu zwiedzając po drodze wiele ciekawych miejsc w Niemczech i we Włoszech. Można powiedzieć, że wtedy po raz pierwszy wyjechałem za granicę i po raz pierwszy znalazłem się tak daleko od rodziny. Było to dla mnie emocjonalnie bardzo mocne przeżycie, które jednak nie zniechęciło mnie do dalszego kroczenia obraną drogą. We wrześniu rozpoczął się upragniony nowicjat.

Wstąpienie do nowicjatu było następnym stopniem do celu. Czułem, że bardziej jeszcze aniżeli podczas dwóch lat filozofii przynależę do zgromadzenia zakonnego Był to dla mnie bardzo pogodny czas nie pozbawiony jednak pewnego niepokoju. Gdzieś od połowy nowicjatu, pojawił się bowiem we mnie jakiś dziwny lęk, nazwałbym go egzystencjalny; poczułem się nagle jakby rzucony gdzieś w ten nieznany mi świat jak małe dziecko, któremu nagle zabraknie rodziców a ono nie wie kompletnie co ze sobą zrobić i gdzie się podziać. Bałem się, po prostu bałem się wszystkiego, szczególnie życia i jego wyzwań. Gdzie była wtedy moja wiara? Jaka ona była jeśli w ogóle była?

Bóg, do którego się modliłem wydawał się „milczeć” i mimo wielu modlitw, które do Niego zanosiłem nie miałem żadnego przejaśnienia, żadnej pociechy, nie czułem żadnej ulgi.

Głównym jednak problemem w nowicjacie było moje niezdecydowanie w jakim zakonie powinienem pozostać; fascynowały mnie bowiem tzw. zakony kontemplacyjne (tzw. Reguły benedyktyńskiej), gdzie jak sądziłem, jest dużo modlitwy, czytania Bożego Słowa oraz panuje klimat wielkiej ciszy i powagi. Przez tydzień doświadczyłem namiastki takiego życia w jednym z klasztorów w Asyżu. Pozostając w tym klasztorze nie opuściły mnie jednak wcześniejsze lęki. Nawet powiedziałbym, że się wzmogły. Surowość życia typowo klasztornego w starodawnych kamiennych murach pamiętających chyba czasy Franciszka z Asyżu, stała się szybko dla mnie czymś nieznośnym. Powróciłem do nowicjatu do Rzymu czując, że jednak tu mi jest lepiej. Nie mając wątpliwości 8 września 1987 r. złożyłem pierwsze śluby w Towarzystwie Św. Pawła w Rzymie.

…zaczynam znowu tracić powoli kontakt z rzeczywistością, z otaczającym mnie światem, że zaczynam uciekać w świat nierealny niczym z baśni, w świat wymarzony, w świat „świętych”, o których nie zawsze wiadomo jacy naprawdę byli i czy rzeczywiście istnieli.

Potem powróciłem na miesiąc do Polski, aby odpocząć przed czekającymi mnie studiami na jednym z uniwersytetów w Rzymie. W październiku rozpocząłem trzyletni okres studiów teologicznych. Dopiero tu, w Rzymie, tak naprawdę zainteresowała mnie teologia i w znacznie większym stopniu niż to było w Krakowie, Biblia. Miałem również tzw. przewodnika duchowego. Sam się o niego postarałem, bo czułem, że zaczynam znowu tracić powoli kontakt z rzeczywistością, z otaczającym mnie światem, że zaczynam uciekać w świat nierealny niczym z baśni, w świat wymarzony, w świat „świętych”, o których nie zawsze wiadomo jacy naprawdę byli i czy rzeczywiście istnieli.
Podczas studiów interesowałem się żywo historią chrześcijaństwa, doktrynami teologicznymi, również tymi, które przez papieży i sobory zostały potępione. W sposób szczególny jednak uwagę moją przyciągnęły czasy reformacji i osoba wielkiego reformatora Marcina Lutra. Bardzo bliską stała mi się ta postać. Zgłębiałem jego nauczanie na własną rękę i widziałem, że ten człowiek w wielu ważnych, fundamentalnych nawet kwestiach, nie myli się. Nie wiedziałem jednak dlaczego, jeśli prawdą jest to co głosił Luter, kościół katolicki zwołuje sobór Trydencki po to tylko, by potępić tzw. „heretyckie nauki”.

Teologia Marcina Lutra, tak solidnie wzniesiona na fundamencie słowa Bożego, wydawała mi się nawet bardziej przyjazna aniżeli doktryna katolicka

Teologia Marcina Lutra, tak solidnie wzniesiona na fundamencie słowa Bożego, wydawała mi się nawet bardziej przyjazna aniżeli doktryna katolicka jakże skomplikowana i zawiła. Cóż jednak, myślałem, szkoda że to bracia protestanci odeszli od prawowiernego kościoła i choć przyznawałem protestantom wiele racji i uważałem, że kościół katolicki musi dokonać poważnej korekty swojej doktryny w oparciu o Biblię, to jednak uparcie trwałem przy swoich racjach nie usiłując dokonać jakiejś globalnej oceny i krytyki studiowanej przeze mnie teologii i w oparciu o to podjąć pewnych znaczących decyzji.

Żałowałem bardzo, że Luter opuścił kościół katolicki i że ten ostatni się go wyparł. Również czas działania Inkwizycji stał się przedmiotem mojego starannego studium. Bliscy byli mi ludzie, którzy za poszukiwanie prawdy spotkali się jedynie z prześladowaniem, potępieniem a w końcu musieli oddać swoje życie. Nieraz zadawałem sobie pytanie czy Inkwizycja jest tylko nieumyślną pomyłką kilku osób, jakimś niewinnym potknięciem, niewielkim uchybieniem, które może przydarzyć się każdemu. Uczono mnie przecież na teologii, że kościół jest instytucją bosko – ludzką. Mogą więc pojawić się błędy i to liczne. Starałem się więc usprawiedliwić, nie mogąc wyrwać, tę niechlubną kartę historii Kościoła słabością, ułomnością i znikomością natury ludzkiej, którą Bóg dobrze rozumie, ponieważ sam ją stworzył. Nie pasowało mi to jednak do końca, gdyż czułem, że kilka wieków zakrojonej na szeroką skalę akcji oczyszczenia kościoła z tzw. „brudu herezji” nie może być tylko i jedynie pomyłką, ale zamierzonym z góry działaniem, dla którego szuka się usprawiedliwienia w suwerennej woli Bożej i w Jego niezbadanych odwiecznych zamysłach objawionych jedynie uprzywilejowanym Bożym dzieciom; „Święty Kościół Rzymski” nie mógłby przecież w tak rażący sposób chybić i dopuścić się tak znaczącego odstępstwa od Bożej woli. Nie znalazłem na ten problem żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi. Pytałem się, jakim prawem człowiek, chociażby nawet sam papież, może siłą zmuszać drugiego człowieka do zmiany poglądów, w które ten szczerze wierzy.

Pytałem się dlaczego współbracia z tego samego zakonu dominikańskiego skazali na stos swoich braci, takich wybitnych mnichów jak Girolamo Savonarola i Giordano Bruno, a obecnie starają się ich rehabilitować poprzez kanonizację.

Pytałem się dlaczego współbracia z tego samego zakonu dominikańskiego skazali na stos swoich braci, takich wybitnych mnichów jak Girolamo Savonarola i Giordano Bruno, a obecnie starają się ich rehabilitować poprzez kanonizację. Znałem słowa samego Jezusa: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że budujecie grobowce prorokom i zdobicie nagrobki sprawiedliwych, i mówicie: Gdybyśmy żyli za dni ojców naszych, nie bylibyśmy ich wspólnikami w przelaniu krwi proroków. A tak wystawiacie sobie świadectwo, że jesteście synami tych, którzy mordowali proroków” (Mt 23:29 – 31). Z czasów studiów pamiętam również bardzo ciekawe spotkanie. Ludzie, których spotkałem byli chyba ewangelicznymi chrześcijanami. Spotkałem ich na sławnym rzymskim placu „Campo dei fiori” („Pole kwiatów”) gdzie przed wiekami „Wielka Inkwizycja” rozprawiała się z „niesfornymi wolnomyślicielami” wymierzając tzw. „Bożą sprawiedliwość” poprzez wymyślne tortury i palenie ludzi na stosach.

Pamiętam, że chrześcijanie ci wystawiali jakieś przedstawienie dotyczące męki i śmierci Pana Jezusa. Przedstawienie to wywarło na mnie duże wrażenie. Pierwszy raz w życiu czułem, że to ja również jestem współodpowiedzialny za cierpienia i śmierć Jezusa, również ja jestem współwinny tego co dokonało się na Golgocie.Myślę że po raz pierwszy uświadomiłem sobie bardzo mocno, że KTOŚ umarł za mnie, abym ja miał życie w obfitości. Po raz pierwszy też zobaczyłem człowieka stojącego pod gołym niebem z otwartą Biblią, bez sutanny, głoszącego słowo Boże z wielką odwagą i przekonaniem w sercu. Wokół grupy zebrali się liczni ludzie, którzy zawsze się zbierają gdy dzieje się coś niecodziennego i niezwykłego. Padło wezwanie: „Kto chce publicznie, na tym placu wyznać Jezusa jako Pana i Zbawiciela? Kto chce przyznać się do Jezusa przed ludźmi? Ja osobiście czułem się jako przynależący do grupy Jezusa i ktokolwiek zapytałby się mnie czy należę do Jezusa, ja udzieliłbym odpowiedzi pozytywnej. Wtedy również, nie patrząc na to kto rzuca wezwanie, wystąpiłem z tłumu i podniosłem do góry rękę przyznając się do Jezusa przed zebranym tłumem. Następnie chrześcijanie modlili się za mnie przez jakiś czas i zapraszali na dalsze spotkania. Nie wiem dlaczego nie skorzystałem z zaproszenia. Wróciłem do mojego starego życia pozostając takim jakim byłem. A może jednak już wtedy zaczęło powoli kiełkować ziarno Bożego Słowa.

Pierwszy raz w życiu czułem, że to ja również jestem współodpowiedzialny za cierpienia i śmierć Jezusa, również ja jestem współwinny tego co dokonało się na Golgocie.

Bóg jeden wie jaki wpływ na moje życie mogło mieć wydarzenie na „Campo dei fiori”. Również studia upływały bardzo spokojnie i pogodnie. Byłem zadowolony, że przygotowuję się do zaszczytnej pracy w winnicy Pańskiej. Po zakończonej nauce w 1990 roku powróciłem na stałe do Polski, gdzie czekała mnie konkretna praca. Nie wiedziałem wtedy co konkretnie będę robił. Została mi przydzielona w zakonie praca w dziale redakcji książek. Jednakże nie czułem się do tego, ani przygotowany, ani powołany. Robiłem to wszystko może przede wszystkim dlatego, że musiałem coś robić, że kochałem ten zakon, że moja praca, jak wierzyłem, była pożyteczna dla ludzi, którzy nie znają Chrystusa. Poza pracą, którą zacząłem wyjątkowo cenić, i do której byłem coraz bardziej przywiązany, miałem na uwadze również moje uświęcenie. Na drodze do uświęcenia odwoływałem się, podobnie jak w seminarium w Krakowie, do wzorców, które czerpałem z tzw. książek duchowych i życiorysów świętych. Bardzo chciałem być świętym, takim jak ci opisywani w książkach, które czytałem. W dalszym ciągu, przez cały ten czas byłem bardzo spokojny co do drogi, którą kroczę.
Byłem pewien, że Bóg chce mnie widzieć na tym miejscu. Dlatego po pewnym czasie spędzonym w Polsce od mojego powrotu z Rzymu, zdecydowałem się na radykalny krok tj. złożenie Bogu ślubów czystości, ubóstwa, posłuszeństwa i wierności papieżowi, na zawsze. Dzień ślubów był dla mnie wyjątkowym i wielkim dniem. Zjechała się cała rodzina, wszyscy byli pełni podziwu dla mnie i mojej decyzji. Czułem się, że coś teraz znaczę, że jestem obecnie pełnoprawnym członkiem zakonu. Widziałem młodszych kolegów, którzy z zazdrością patrzą na mnie, myśląc kiedy to oni dostąpią tego zaszczytu. Teraz czułem, że oddałem się Bogu na wieczną służbę. Teraz, tym ostatecznym celem miało być już tylko kapłaństwo. Chciałem jak najszybciej osiągnąć ten pułap. Jak pięknym mi się wydawało wtedy życie zakonne; cóż oprócz Boga mogło być piękniejsze od takiego życia w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. W dalszym ciągu jednak nie znałem Bożego Słowa. Nie znałem go, ponieważ czytałem je rzadko i jedynie wyrywkowo, a przede wszystkim nie rozumiałem tego co czytam, tak jak Etiopczyk, dworzanin królowej Etiopii, o którym pisze w Dziejach Apostolskich ewangelista Łukasz. Czytając nieraz Pismo Święte opierałem się w jego interpretacji na tym co przekazała mi tradycja
kościelna i wierzyłem, że w myśl tej tradycji należy czytać i interpretować całą Biblię. Co do tego nie miałem najmniejszej wątpliwości. Wiedziałem, że są ludzie o wiele mądrzejsi ode mnie, jak np. biskupi i im ostatecznie mam zaufać. Oni są przecież „następcami” apostołów i mają Ducha Świętego, dlatego nie mogą się mylić w tym wszystkim co dotyczy wiary i moralności. Tak zostałem nauczony teologii i tak wierzyłem. Wszystko było dla mnie tak jasne, że nie potrzebowałem sprawdzać niczego w Biblii.

Nie wierzyłem, że mój kościół i jego słudzy mogą się gdziekolwiek pomylić. Autorytet kościelny zapanował nad moim sumieniem i całkowicie uśpił moją czujność. Wiedziałem, że nawet jeśli ja popełnię jakiś błąd doktrynalny to i tak odpowiedzialność spadnie nie na mnie, ale na tych, którzy źle mnie prowadzili, którzy kierują kościołem. Czułem się bardzo bezpiecznie w tym moim kościele zapewniającym mi wszelką pomoc i obronę. Byłem przekonany, że w złym świecie sobie nie poradzę i tu gdzie jestem będzie mi najlepiej. W tym kościele przyszedłem na świat, w tym też kościele chciałem żyć i w nim również zakończyć życie. Nie miałem alternatywy, bo nie było alternatywy. Szybko, bo po trzech miesiącach od ślubów przyjąłem święcenia diakonatu co uprawniło mnie do głoszenia Bożego Słowa. Jak już wspomniałem, mój kontakt ze Biblią był bardzo ograniczony, stąd nie znałem Bożego Słowa. Pragnąłem jednak bardzo głosić kazania i chciałem, aby były to kazania biblijne, oparte wyłącznie na Bożym Słowie. Pragnienie to wyraziłem również w samym podaniu o święcenia. Byłem wierny temu postanowieniu przez całe 17 miesięcy służby diakona. Kazań wygłosiłem naprawdę dużo. Do każdego z nich przygotowywałem się niezwykle rzetelnie; wszelkie pomoce typu komentarze odłożyłem raz na zawsze na półkę (potem pozbyłem się ich całkowicie), a miałem przed sobą tylko Biblię. Może właśnie wtedy, podczas tej służby diakona zrodziła się we mnie bardzo konkretna postawa do słowa Bożego. Zrozumiałem, choć może jedynie częściowo, że Biblia jest prawdziwym przewodnikiem i może pouczyć o drogach Bożych.

Miałem jakieś wewnętrzne przekonanie, że Pismo Święte mi wystarczy i aby przygotować kazanie nie muszę przeglądać komentarzy. Przed każdym przygotowywaniem kazania modliłem się do Ducha Świętego, aby dał mi właściwe słowo we właściwym momencie. Tak minął okres mojej służby diakona. W dalszym ciągu nie miałem nawet najmniejszych wątpliwości co do drogi, którą kroczę. Dlatego zdecydowałem się na święcenia kapłańskie. Odbyły się one 3 maja 1994 roku. Stałem się tym samym wg. doktryny katolickiej „alter Christus” („drugim Chrystusem”) dla ludu Bożego. Dla mnie była to wyjątkowa uroczystość, święto, na które od lat czekałem. Czułem, że jako kapłan Jezusa będę najbliżej Mistrza i stanę się bardziej jeszcze skuteczny w głoszeniu Słowa Bożego na podstawie wyjątkowej łaski otrzymanej od Boga podczas święceń kapłańskich. Owego 3 maja wydawało mi się, że osiągnąłem jakby szczyt chrześcijaństwa, że Bóg wyznaczył mi szczególne miejsce, wyniósł na piedestał, obdarował mnie jakimś immunitetem.
To było wtedy dla mnie wielkie wydarzenie. Bóg tak bardzo mnie wyróżnił, wywyższył, zaufał mi; jak wielki i niewypłacalny dług zaciągnąłem u Boga. I choć z tego powodu nie popadłem, tak mi się wydaje, nigdy w pychę, to jednak byłem dumny. Wszyscy ludzie kłaniali mi się w pas a podczas prymicji pierwszej mszy nowo wyświęconego księdza
całowali mnie w ręce przed czym oczywiście jak tylko mogłem, broniłem się. Mając jednak świadomość wielkich zadań i obowiązków stojących przed mną i że moje powołanie niosę w naczyniu glinianym, postanowiłem być posłusznym i pokornym sługą Jezusa Chrystusa dla zbawienia Jego ludu. Na obrazku prymicyjnym miałem słowa: „Aby wszyscy byli jedno, jak Ty Ojcze we Mnie a Ja w Tobie” (Jan 17,21). Nosiłem te słowa w sercu jako motto mojego nowego kapłańskiego życia; pragnąłem mocno, ponad wszystko, aby wszyscy ci, którzy wierzą w Jezusa Chrystusa połączyli się ze sobą w jedną rodzinę. Po święceniach, przez dwa lata zajmowałem się formacją młodych kandydatów do zakonu. Szczególnie w ciągu dwóch ostatnich lat dojrzewała i kształtowała się w moim umyśle idea księdza jako sługi, pasterza – równego wśród równych, który nie jest „drugim Chrystusem” a jedynie upodabnia się do Chrystusa jak każdy prawdziwy chrześcijanin przez to, że żyje w pełni chrystusowym przesłaniem ewangelicznym i w ten sposób staje się przykładem chrześcijańskiego życia dla innych ludzi.

Wszyscy ludzie kłaniali mi się w pas a podczas prymicji pierwszej mszy nowo wyświęconego księdza całowali mnie w ręce przed czym oczywiście jak tylko mogłem, broniłem się.

Dla mnie kapłan, rozumiany zawsze jako osoba pełniąca funkcję duszpasterską, jako taki „ojciec” dla parafii a nie urzędnik kościelny działający w wyznaczonych ramach czasowych, musiał być obecny wśród ludzi, a nie gdzieś daleko, na peryferiach właściwej mu działalności, misji, niewtajemniczony często w ludzką rzeczywistość, nierzadko biedę zarówno tę materialną, jak również moralną i duchową. Wielokroć spotkałem się z taką postawą księży, choć nigdy ze względu na to nie załamywałem się wiedząc, że Jezus Najwyższy Kapłan jest dla mnie jedynym wzorem i autorytetem.

Nigdy jako ksiądz nie miałem jakiegoś szczególnego mniemania o sobie wynikającego z pełnionej funkcji jak również z samych święceń. Nigdy nie uważałem, że jestem większym od tych, którym głoszę słowo Boże; wiedziałem, że nie mam do tego żadnych podstaw. Co najwyżej czułem, że posiadam pewne predyspozycje do kierowania ludem Bożym i głoszenia słowa Bożego, co zresztą czyniłem bardzo często i z wielką ochotą. Niepokoiła mnie zawsze pycha wielu księży (znałem też tych zwykłych, skromnych), którzy powołując się na otrzymane święcenia wyobrażali sobie, że mogą wchodzić wszędzie bez pukania, bez kolejki oraz, że wszędzie i o każdej porze są zawsze mile widziani, bo przecież przez nich i dzięki nim przychodzi Pan Jezus do swojego ludu, oni i tylko oni mogą związywać i rozwiązywać, przebaczać lub nie przebaczać. Ja osobiście z tego typu teologią pogodzić się nie mogłem, takiej teologii nie wyznawałem, nie praktykowałem, nie uczyłem i nie chciałem mieć z nią nic do czynienia. Nie jeździłem na żadne spotkania księży, czy to młodych, czy starszych, nie dlatego że byłem odludkiem lub aspołeczny, lecz dlatego, że dla mnie spotkania te nie były budujące a wprost przeciwnie nasiąknięte klerykalizmem, duchem ofensywnym wobec pewnych środowisk lub osób. Z podobnych względów nie zawierałem żadnych przyjaźni z osobami z tego środowiska.

Lubiłem bardzo wczytywać się w świętą Księgę, wydobywać z niej ukryte bogactwa, aby z kolei przekazywać je tym, dla których święte Pisma zostały spisane.

Lubiłem bardzo wczytywać się w świętą Księgę, wydobywać z niej ukryte bogactwa, aby z kolei przekazywać je tym, dla których święte Pisma zostały spisane. Pragnąłem uczyć ludzi tak, jak Bóg tego sobie życzy, czyli poprzez słowo Boże. Znałem dobrze słowa: Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany (2Tym 3,16-17).Chciałem pomóc tym, którzy słuchali Bożego słowa, aby przejęli się tym słowem, aby jak referują nam Dzieje Apostolskie, zostali poruszeni do głębi i pytali się: co mamy czynić?

Wierzyłem głęboko, że ja jako kapłan, może nawet mało liczący się ksiądz jestem poprzez moją nową tożsamość, którą otrzymałem w święceniach, „alter Christus” potrzebny, a wręcz konieczny na drodze zbawienia dla ludu Bożego, bo jak mnie uczono na teologii, bez kapłana nie ma Chrystusa, Kapłan sprowadza Chrystusa na ołtarz i karmi Nim wierzących. Byłem przekonany bardziej niż ktokolwiek, że msza jest czymś najświętszym, najważniejszym, że msza to Golgota, bezkrwawa ofiara Jezusa Chrystusa za grzechy świata.

Miałem przekonanie, że trzymam w dłoniach Chrystusa, że wyświadczam największe dobro ludzkości, że chleb na moje słowa staje się ciałem Chrystusa a wino Jego krwią. Wszak Jezus powiedział podczas Ostatniej Wieczerzy: „A gdy oni jedli, wziął Jezus chleb i pobłogosławił, łamał i dawał uczniom, i rzekł: „Bierzcie, jedzcie, to jest ciało moje. Potem wziął kielich i podziękował, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy; Albowiem to jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów” (Mt 26:26-28). Wydawało mi się, że to co robię jest takie normalne i naturalne; przecież Jezus powiedział: Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki; a chleb, który Ja dam, to ciało moje, które Ja oddam za żywot świata (Jan 6:51). Wszystko to czyniłem w dobrej wierze polegając na tym czego dowiedziałem się na teologii, nie wiedząc przy tym, że tak daleko idąca interpretacja Biblii jest ogólnie niebezpieczna, a w tym konkretnym przypadku fałszywa.

Jedną z najistotniejszych „posług zbawczych” księdza jest słuchanie spowiedzi, a w ramach tego pouczanie o właściwej drodze i „jednanie z Bogiem” poprzez przebaczanie w imię Chrystusa grzechów. Również ta czynność należała do moich obowiązków. Na usprawiedliwienie tego działania miałem następujące słowa Jezusa: I dam ci klucze Królestwa Niebios; i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi będzie rozwiązane i w niebie (Mt 16:19). Zaprawdę powiadam wam: Cokolwiek byście związali na ziemi, będzie związane i w niebie; i cokolwiek byście rozwiązali na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie (Mt 18:18) Którymkolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są zatrzymane (Jan 20:23). Na tych fragmentach bazuje cała doktryna katolicka o odpuszczaniu grzechów, tzw. „władza kluczy” przekazana Piotrowi. Wedle tej doktryny jedynie Piotr i jego następcy mogą odpuszczać grzechy i tym samym otwierać niebo. Ja też znałem to nauczanie i zdawałem sobie sprawę jak wielka władza spoczywa w tej chwili w mych rękach. Znać bowiem wnętrze drugiego człowieka, jego najskrytsze tajemnice graniczyć może z panowaniem nad nim, z zawładnięciem jego najbardziej intymną i osobistą sferą – sumieniem.

Przez dwa pełne lata „odpuszczałem” ludziom grzechy pogrążając ich i siebie w wielkiej ciemności.

Przez dwa pełne lata „odpuszczałem” ludziom grzechy pogrążając ich i siebie w wielkiej ciemności. Chciałem im wszystkim pomóc w ich trudnych, czasem chciałoby się powiedzieć niemożliwych do rozwiązania sytuacjach, ale zamiast kierować ich wzrok na Boga żywego, zachęcałem do częstszej jeszcze spowiedzi jako do „źródła łask”. Mimo, że w spowiedzi dostrzegałem bardziej aspekt terapeutyczny ograniczający się do mojej, ludzkiej tylko, ingerencji w wewnętrzny świat osoby przychodzącej po pomoc, to jednak w głębi wierzyłem, że po szczerym wyznaniu grzechów kapłanowi, Bóg wspomoże swą potężną łaską skruszonego grzesznika. Jako ksiądz miałem też okazję wprowadzać a właściwie wrzucać do kościoła katolickiego nowe pokolenia udzielając chrztu. Miało to miejsce dwa razy, trzy lata temu podczas mojego wakacyjnego pobytu we Włoszech. Wtedy też w tych dwóch przypadkach przyszła mi do głowy pewna refleksja. Zgoda, ja ochrzczę to dziecko na podstawie wiary jego rodziców i zobowiązania, że dziecko to będą wychowywać w wierze katolickiej i sami ze swej strony służyć mu będą wzorowym przykładem życia. Patrzyłem na rodziców dziecka i na rodziców chrzestnych i pomyślałem, że ja tych ludzi wcale nie znam i nie wiem jaka jest ich prawdziwa wiara dzisiaj a jaka będzie jutro lub za dwa, trzy lata. W stosunku do tych, którzy ręczą za dziecko, że je wychowają po chrześcijańsku, mam prawo mieć szereg wątpliwości co do ich wewnętrznej dyspozycji. O dziecku zaś, które nic nie mówi, nie obnosi się z wiarą, bo jej nie ma i w tej chwili nie potrzebuje, wiem wszystko to co najistotniejsze, a mianowicie: Jezus przywoławszy dziecię, postawił je wśród nich i rzekł: zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie zawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios (Mt 18:2.3).

Wiedziałem, że kiedyś przed Bogiem każdy będzie odpowiadał za siebie i nikt za nikogo nie może podejmować życiowych decyzji, szczególnie tych nadających życiu człowieka ostateczną orientację. Jednak podobnie jak wszyscy inni ludzie, wychowany w pewnej tradycji i nią na wskroś przesiąknięty, uważałem tak jak uważają pozostali nie starając się dochodzić, chociażby przy pomocy Biblii, gdzie leży jedyna i niepodważalna przez żaden ludzki autorytet, prawda. I tak gdy powoli zbliżał się do końca 31 rok mojego życia, miałem już za sobą drugą rocznicę święceń, o której zresztą wszyscy zapomnieli (miała być szczególnie świętowana) i 12 lat pobytu w zakonie, miały miejsce wydarzenia, które o 360° odwróciły bieg mojego życia. Do tej pory wydawało mi się, że już na dobre osiadłem, uplotłem sobie wygodne gniazdko zakonne. Było bardzo miło tam gdzie mieszkałem. Miałem prawie wszystko czego dusza zapragnie: dom z wygodami, samochód, osoby gotujące, piorące, pracę, czas wolny. Znałem również fragment z Ewangelii Jana przedstawiający spotkanie Jezusa z Nikodemem: Jezus rzekł mu: zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego (J 3:3).

Nie brałem chyba jednak na poważnie tych słów. Oczywiście byłem przekonany, że w tym czy w tamtym nie dociągam, zdarzają się również jakieś grzechy, ale przecież chyba wchodząc do zakonu narodziłem się na nowo, opuściłem ten świat, poszedłem za Jezusem jak apostołowie, poświęcając dla Niego tak wiele rzeczy. Tak wtedy myślałem. Byłem przekonany, że rozumuję poprawnie. I tak gdy spoczywałem w tym jakby duchowym śnie miały miejsce w moim życiu niecodzienne odwiedziny – jedyne jak do tej pory.

Przybyła do mnie pewna osoba z osobistymi wątpliwościami odnośnie chrztu, a mianowicie kto na podstawie Biblii może przyjmować chrzest – dziecko czy dorosły? Ona odwoływała się do Pisma świętego a ja do katolickiej tradycji. Myślała zapewne, że ja jako ksiądz powinienem jej wszystko wyjaśnić i dać ostateczną, właściwą odpowiedź. Przy tej okazji mówiła mi dużo o Jezusie, o nowym narodzeniu, o zmazaniu moich grzechów przez krew Jezusa, o ufności jaką wierzący powinien pokładać w Bogu, o konieczności czytania codziennie Biblii (była pierwszą osobą jaką spotkałem, która stale nosiła przy sobie Biblię. Zakonnice nosiły stale różańce a księża brewiarze). Myślałem nieraz, że dziwna z niej katoliczka, inna niż wszyscy. Nie spotkałem nigdy katolika, który by posiadał tyle wątpliwości i zadawał mi tak wiele pytań na które ja mądry ksiądz nie potrafiłem odpowiedzieć. Dopiero z czasem rozumiałem jak wielkie różnice doktrynalne dzielą ją oraz innych jeszcze ewangelicznie wierzących z Częstochowy od rzymskich katolików. Powoli pojmowałem, że są chrześcijanie, którzy poprzez tradycję nadają sobie to miano i chrześcijanie ewangeliczni, którzy pokutując ze swoich grzechów, oddali swoje życie Jezusowi. W lipcu organizowany był przez ewangelicznych chrześcijan „Festiwal Dobrej Nowiny”. Tam 16 lipca we wtorek świadomie przyjąłem Pana Jezusa do mojego życia. Od tamtej chwili wyłącznie On stał się moim przewodnikiem i doradcą. Był moim zbawicielem, który za mnie oddał życie na Golgocie. Dzień przyjęcia Jezusa był naprawdę tym szczęśliwym dniem w moim życiu, dniem, który zdarzyć ci się może jeden jedyny raz, dzień jednak, o którym pamiętasz do końca życia. To co nastąpiło bezpośrednio potem było pasmem przykrych dla mnie zdarzeń, (konfrontacje z różnymi osobami, które w dobrej wierze chciały mnie koniecznie odciągnąć od „fałszywej” i „heretyckiej” wiary w Jezusa), do których nie chcę po latach wracać i przytaczać.

Tam 16 lipca we wtorek świadomie przyjąłem Pana Jezusa do mojego życia. Od tamtej chwili wyłącznie On stał się moim przewodnikiem i doradcą.

Decyzja, którą podjąłem 16 lipca 1996 roku spowodowała konieczność opuszczenia przeze mnie zakonu i tym samym pełnionej przeze mnie funkcji księdza katolickiego. Nie żałowałem nigdy tej decyzji i po dziś dzień nie żałuję. Czuję na sobie Boże błogosławieństwo, czuję wolność od nałogów, uzależnień i związań, wolność, którą na krzyżu wywalczył dla mnie Jezus Chrystus. Pragnę żyć i pracować w Kościele Jezusa Chrystusa jako posłuszny sługa Jezusa Chrystusa. Obecnie mieszkam w Częstochowie, mam rodzinę – żonę i dwie córki, które tak jak ja, również pokładają nadzieję w Bogu i dla Niego pragną żyć. Tutaj też sprawuję posługę zwiastowania Słowa Bożego w jednym z chrześcijańskich kościołów. Staram się, z Bożą pomocą, pozostawać cały czas czujny i otwarty na wszelkie Boże działanie i Jego plany dla mojego życia. Uważam, że najważniejszą rzeczą w życiu chrześcijanina jest posłuszeństwo Panu Bogu. Sam Pan Jezus dał tego przykład. Autor listu do Hebrajczyków pisze: I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, a osiągnąwszy pełnię doskonałości, stał się dla wszystkich, którzy mu są posłuszni, sprawcą zbawienia wiecznego (Hebr.5:8-9). Również w Pierwszej Księdze Samuela prorok Samuel wypowiada bardzo znaczące słowa na temat posłuszeństwa: Czy takie ma Pan upodobanie w całopaleniach i w rzeźnych ofiarach, co w posłuszeństwie dla głosu Pana? Oto: posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara, a uważne słuchanie lepsze niż tłuszcz barani. Gdyż nieposłuszeństwo jest takim samym grzechem, jak czary, a krnąbrność, jak bałwochwalstwo i oddawanie czci obrazom (2 Samuelowa 15:22-23).

Czy takie ma Pan upodobanie w całopaleniach i w rzeźnych ofiarach, co w posłuszeństwie dla głosu Pana? Oto: posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara, a uważne słuchanie lepsze niż tłuszcz barani. Gdyż nieposłuszeństwo jest takim samym grzechem, jak czary, a krnąbrność, jak bałwochwalstwo i oddawanie czci obrazom (2 Samuelowa 15:22-23).

Na koniec chcę podziękować wszystkim Braciom i Siostrom w Panu, którzy tak ofiarnie pomagali mi, zachęcali i dalej pomagają w poznawaniu mojego Pana Jezusa Chrystusa oraz w trwaniu w Nim i zapewnić o mojej codziennej pamięci w modlitwie przed Panem. Niech Bóg obficie zaspokoi wszystkie wasze potrzeby Ukórzcie się więc pod mocną ręką Bożą, aby was wywyższył czasu swego. Wszelką troskę swoją złóżcie na niego, gdyż On ma o was staranie (1 Piotra 5:6-7). Jezusowi, który miłuje nas i który wyzwolił nas z grzechów naszych przez krew swoją, i uczynił nas rodem królewskim, kapłanami Boga i Ojca swojego, niech będzie chwała i moc na wieki wieków (Objawienie Jana 1:5.6).

(Historia Krzysztofa z książki „Szczęściarz urodzony w PRL-u”)

Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli im i rzekli: Czy słuszna to rzecz w obliczu Boga raczej was słuchać aniżeli Boga, sami osądźcie… Dz. Ap.4;19



Zachęcamy do udziału w Studium Biblijnym by poznać jak budować życie na mocnej Skale, Którą jest żywy Jezus.

Gdybyś chciała/chciał spotkać się i porozmawiać o swojej relacji z Jezusem daj znać.