Rejs do szczęśliwej wieczności.

Od najmłodszych moich lat miałem w sercu miłość do morza. Marzyłem o tym, aby kiedyś zostać marynarzem i pływać po morzach i oceanach. Będąc jeszcze nastolatkiem, myślałem czasem o wstąpieniu do zakonu, lecz szkoła średnia, do której poszedłem, zmieniła moje zapatrywania. Zacząłem, jak wielu chłopców w moim wieku, palić papierosy, popijać alkohol, rozglądałem się za dziewczynami, i nie tylko się rozglądałem − uczestniczyłem w różnych imprezach i dobrze się bawiłem.

Kiedy poszedłem do Szkoły Chorążych Marynarki Wojennej w Gdyni szybko okazało się, że był to okres moralnego zepsucia. Zapomniałem o Bogu i o zasadach, które kiedyś mną kierowały. Prowadziłem rozwiązłe życie, nadużywałem alkoholu i robiłem wiele głupich rzeczy. Po zakończeniu edukacji w Szkole Marynarki Wojennej otrzymałem przydział do jednostki w porcie wojennym Świnoujście. Zamieszkałem tam i zacząłem pracować na jednym z okrętów. Do Świnoujścia razem ze mną trafił również mój kolega Witek, który służył na innym okręcie. Żyłem wówczas młodzieńczym, beztroskim życiem, nie przejmując się szczególnie tym, co o mnie inni pomyślą. Spotykałem wiele kobiet, z żadną jednak nie wiązałem przyszłości. Chwile pozornej, jak później okazywało się, przyjemności, a potem okropne wyrzuty sumienia. Miałem jednak ten komfort, że mogłem pójść, wyspowiadać się i „oczyścić” w konfesjonale. „Pralka”, jaką był dla mnie konfesjonał, doskonale prała moje brudy, to było takie proste… Mimo, że często bolała mnie głowa po różnych imprezach, starałem się jednak nie opuszczać niedzielnych mszy.

Na początku służby nie należałem do żołnierzy, których ceniono. Długo byłem tylko zastępcą dowódcy okrętu − ponieważ nie należałem do organizacji partyjnej (PZPR), musiałem znacznie dłużej od niektórych moich kolegów czekać na awans. Po jakimś czasie znudziło mi się życie beztroskiego i nieodpowiedzialnego młodzieńca i mając 25 lat, postanowiłem zmienić swoje życie. Zazdrościłem trochę kolegom, którzy już mieli żony i dzieci, otrzymywali niejednokrotnie od wojska swoje własne mieszkania.

Zapragnąłem stabilizacji i szczęśliwego rodzinnego życia, za którym tak naprawdę tęskniłem gdzieś w głębi duszy.
Postanowiłem założyć własną rodzinę i nie chciałem już dłużej mieszkać w internacie wojskowym. Myśląc o tej stabilizacji, zaangażowałem się w związek, który mnie przerósł. Nic z tego nie wyszło. Moje pierwsze małżeństwo było porażką, spowodowało tylko destrukcję w moim życiu. Byłem wówczas zrozpaczony i załamany, przeżywałem głęboką depresję. W początkowym etapie tego bardzo trudnego dla mnie okresu codziennie upijałem się, aby uciec przed czymś, co mnie gdzieś w głębi serca trawiło, a zarazem też oskarżało. Sprawdziło się wtedy w moim życiu potoczne przysłowie „Jak trwoga, to do Boga”. Zadawałem pytania: „Boże, dlaczego do tego dopuszczasz, dlaczego akurat mnie to spotyka, dlaczego to ja muszę cierpieć?”. Byłem zdradzonym, ciężko zranionym facetem, nadszedł czas refleksji i w pewnym stopniu upamiętania z niektórych nałogów.

W tym samym czasie, gdy moje życie się waliło, Witek zaczął mi dużo mówić o Jezusie. Widziałem ogromne zmiany w moim przyjacielu, który przedtem robił równie głupie rzeczy jak ja. Dowiedziałem się, że w Świnoujściu poznał ludzi biblijnie wierzących. Miałem wówczas ochotę zrezygnować ze służby w Marynarce Wojennej. Różne myśli chodziły mi po głowie, chciałem uciec jak najdalej od moich problemów, myślałem nawet o Legii Cudzoziemskiej. Sądziłem, że ucieczka gdzieś daleko ukoi mój ból i rozpacz, ale przed samym sobą nie da się uciec. Udało się Witkowi pewnego razu mnie i mojego kolegę Krzysztofa zaprosić do ewangelików na spotkanie środowe.

Kiedy poszedłem tam po raz pierwszy, kiedy przekonałem się, jak takie spotkanie wygląda, wydawało mi się to bardzo dziwne, całkiem inne, prawie jak folklor. Pierwszy raz zobaczyłem, że można zupełnie inaczej wyznawać swoją wiarę. Byłem mile zaskoczony radością promieniejącą z ludzi. Radość i prostota wyrażania swojej wiary dotknęły mnie. Jednak dotknięcie to nie było aż tak głębokie, aby mnie zatrzymać. Byłem wprawdzie obity przez doświadczenia, które mnie spotkały po drodze, ale wierny i zachowujący wiarę przodków. Ta gorliwość w pewnych sytuacjach została mi. Później dopiero okazało się, że ta gorliwość, którą posiadałem, była gorliwością nierozsądną.

Czytałem Słowo Boże i ono do mnie przemawiało, ale ja ciągle się opierałem. Będąc w górach i szukając odpowiedzi na pytanie dlaczego mnie to spotkało znalazłem kolejną kobietę. Zamiast szukać Boga znów sam zacząłem układać sobie życie po swojemu. Miałem jakiś wewnętrzny niepokój. Wiedziałem w głębi serca, że nie postępuję właściwie, ale to było silniejsze ode mnie. Po roku pobraliśmy się z Madzią i byliśmy szczęśliwi, ale nadal odczuwałem brak więzi z Bogiem, o której tak wiele słyszałem od Witka. Choć teraz miałem szczęśliwy dom, żonę, która mnie kochała, jednak za czymś ciągle tęskniłem, czegoś mi brakowało do pełni szczęścia.

Życie moje nie było pełne, ciągle potrzebowałem. Chodziłem jeszcze wtedy na msze, ale już jako człowiek „skażony” nie mogłem uczestniczyć w komunii i czułem się jakiś gorszy, niegodny. Sięgałem czasami po Słowo Boże i ono mnie ciągle oskarżało. Widziałem, przeglądając się w tym Słowie, jak grzesznym człowiekiem jestem.

Nadszedł grudzień 1993 roku. Zostałem zaproszony przez Witka na ewangelizację. Kiedy parę lat wcześniej tam byłem, dziwiło mnie wszystko, co tam miało miejsce. Teraz zobaczyłem ludzi tak szczerze przeżywających społeczność z Bogiem, reagujących żywo podczas modlitwy i śpiewu, że było to tak, jakby jakaś zasłona zsunęła się w końcu z moich oczu. Duch Święty sprawił, że ze łzami w oczach przyjmowałem prawdę o tym, że Jezus przelał swoją świętą krew na krzyżu również za moje grzechy. Zrozumiałem wtedy prawdziwe przesłanie Ewangelii − Dobrej Nowiny o Jezusie Chrystusie, moim osobistym Zbawicielu. Pokutowałem i wyznawałem moje grzechy Bogu. Tego dnia zrozumiałem, dlaczego Bóg najpierw wlał w moje serce miłość do morza.
Kiedy wróciłem pełen radości do domu, oznajmiając, że się nawróciłem, moja żona bardzo się zdziwiła.
W tym okresie dochodziło w moim małżeństwie do wielu nieporozumień, ale ja chciałem być wierny przede wszystkim Bogu. Po dwóch latach uczęszczania do tej wspólnoty na nabożeństwa zostałem ochrzczony − teraz już z własnej nieprzymuszonej woli − przez zanurzenie w wodzie, na wyznanie mojej wiary w Jezusa Chrystusa. Nasza córka Wiktoria miała wówczas niespełna dwa latka, a druga córka, Amelia, kilka miesięcy. Za każdym razem, kiedy wracałem po nabożeństwie do domu, byłem radosny i szczęśliwy i tym szczęściem chciałem się dzielić z moją żoną, choć ona tego wcale wówczas nie potrzebowała. Niewiele brakowało, aby moje małżeństwo uległoby rozpadowi. Obiecałem jednak wtedy Bogu, że cokolwiek by się stało z moim małżeństwem, Pana Jezusa już na pewno nie opuszczę.

Żona uważała, że wyszła za innego człowieka, a ja teraz stałem się jakimś odmieńcem, i tego nie mogła do końca zrozumieć. Czułem się bezpieczny, sądząc, że żona mnie nie opuści, ponieważ nadal mimo wszystko byliśmy ze sobą szczęśliwi. Po jakimś czasie Madzia zaczęła czytać Biblię, aby mnie sprawdzać. Kilka razy przy okazjach większych uroczystości chodziła ze mną na nabożeństwa. Zaprzyjaźniliśmy się wtedy z pewnym małżeństwem. Przetrwaliśmy dzięki Bożej łasce i życzliwym ludziom ten trudny okres w naszym życiu. Dobry Bóg sprawił, że moja żona po pięciu latach nawróciła się do Pana i przyjęła chrzest wodny.

W życiu chrześcijanina są jednak nie tylko dobre i przyjemne rzeczy. Przekonałem się, że na chrześcijanach również można się zawieść − i co najgorsze, nawet na tych najbliższych. Nie zawodzi, jak się okazało, jedynie Bóg. Biblia powiada: Rozkoszuj się Panem, a da ci, czego życzy sobie serce twoje! (Psalm 37:4). Służąc nadal w Marynarce Wojennej, w krótkim czasie zostałem dowódcą okrętu, nie będąc członkiem żadnej organizacji. Było to wówczas nietypowe. Moi przełożeni zobaczyli we mnie innego człowieka. Mogli mi zaufać i powierzyli mi trudniejsze obowiązki. Starałem się być człowiekiem bardziej odpowiedzialnym, zdawałem sobie sprawę z tego, że teraz, służąc ojczyźnie, służę przede wszystkim Bogu i nie mogę przynosić Mu wstydu. Koledzy widzieli, że coś się ze mną stało, że jestem jakiś inny. Przestałem pić alkohol, palić papierosy, Bóg uwolnił mnie też od wulgaryzmów, które często bywały na moich ustach, zanim się nawróciłem.
Moja załoga należała w tamtym okresie służby do najlepszych w jednostce. Osiągaliśmy we współzawodnictwie między okrętami bardzo dobre wyniki. W rezultacie zmian zachodzących we mnie zmieniała się jakość mojej służby i cała moja załoga. Moi podwładni, żołnierze, dziwili się, a ja chętnie im mówiłem o Bogu, o tym, jak zmienił moje życie.
Straciłem wielu „kolegów”, którzy potrzebowali mnie wtedy, kiedy razem z nimi piłem alkohol i robiłem inne głupie rzeczy, ale zyskałem wielu nowych, wspaniałych, prawdziwych przyjaciół. Po jakimś czasie nawrócił się mechanik służący na moim okręcie. Tomek jest moim bratem w Chrystusie i służy we wspólnocie Ewangelicznych Chrześcijan w Świnoujściu. Pamiętam wspaniałe chwile, kiedy w porcie mieliśmy spotkania modlitewne. Było nas pięciu wierzących marynarzy. Stanowiliśmy zgraną i oddaną Bogu grupę. Byłem przekonany, że mam być dobrym świadectwem tam, gdzie Bóg mnie postawił. Wiedziałem, że będąc dowódcą okrętu będę miał wpływ na moich żołnierzy. A ponadto przeczytałem w Słowie Bożym: Chcesz się nie bać władzy? Czyń dobrze, a będziesz miał od niej pochwałę (Rzymian 13:3).

Od pięciu lat mieszkamy z moją żoną Magdaleną i córkami Wiktorią i Amelią w Warszawie. Moim ulubionym wersetem, który towarzyszy mi przez całe moje chrześcijańskie życie, jest tekst z Księgi Izajasza 40:31 Lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają. Słowa te są na moich ustach wtedy, kiedy braknie mi już sił w zmaganiach ze słabościami podczas biegów maratońskich, w których czasami biorę udział (do tej pory udało mi się z pomocą Bożą ukończyć 26 maratonów). Uczą mnie one pokory i wytrwałości podczas służby w Kościele oraz w codziennych zmaganiach życiowych.

Zachęcam do tego, abyśmy nigdy nie ustawali podczas naszego „maratonu życia” i biegli wytrwale, zdążając do nagrody w Niebie − po „niezwiędłą koronę”. Wiem też o tym, że na krótką chwilę otrzymujemy w dzierżawę to co posiadamy, aby później zostawić to tu na ziemi. Materialnych rzeczy nie weźmiemy ze sobą do Nieba, jedyną wartość będzie stanowiło w wieczności to jak potraktowaliśmy dar Boży – ofiarę za nasze grzechy − Jezusa Chrystusa. Czy przyjęliśmy tę ofiarę czy odrzuciliśmy. Skarbem naszym jest Jezus. Nie ma żadnego innego imienia, przez które moglibyśmy być zbawieni, tylko imię Jezus to zapewnia – wierzę w to.
Piotr.

(Historia Piotra z książki „Szczęściarz urodzony w PRL -u”)