Poważany i nagradzany…

Powierz Panu drogę swoją, zaufaj mu, a On wszystko dobrze uczyni.

Księga Psalmów 37;5.

Moją pierwszą pracę w dzierżoniowskim komisariacie Milicji Obywatelskiej rozpoczynałem na stanowisku referenta operacyjno-dochodzeniowego. Byłem już żonaty, miałem dwójkę dzieci. Do pracy w milicji byłem zmotywowany wcześniejszym uzyskaniem własnego mieszkania. Byłem funkcjonariuszem poważanym i nagradzanym między innymi premią ministerialną i przez Komendę Główną MO. Uściski dłoni, gratulacje, lampki koniaku. Następnie koleżeńskie spotkania zakrapiane alkoholem. Okazji było coraz więcej i więcej.

Nawet nie zauważyłem, kiedy oddaliłem się od rodziny. Życie traciło sens, stawało się coraz bardziej beznadziejne. Okazało się, że jestem bezsilny wobec zniewalającego mnie coraz bardziej nałogu alkoholowego. Hazardowe granie w pokera, papierosy – to sprawiło, że coraz bardziej zaniedbywałem rodzinę, jak również pracę zawodową. Nadszedł dzień, w którym usłyszałem od mojego przełożonego: „Mirku, zwolnisz się sam albo będę musiał zwolnić cię dyscyplinarnie”. To wiązało się z otrzymaniem odprawy. Napisałem raport o zwolnienie z policji. Miałem wtedy za sobą 27 lat pracy, a ostatnio pracowałem w wydziale dochodzeniowo-śledczym KPP. Poszedłem więc na emeryturę.

Nadszedł dzień, w którym usłyszałem od mojego przełożonego: „Mirku, zwolnisz się sam albo będę musiał zwolnić cię dyscyplinarnie”.

Miałem swoje pieniądze, kolegów, więcej czasu na rozrywkowe życie, ale już bez rodziny. Mnożyły się problemy, które mnie przerastały. Dwa razy żonaty i jeden konkubinat − to wszystko już poza mną. Pozostały dzieci. Zamieszkałem po śmierci ojca u samotnej matki. Przez trzy lata, od 1999 do 2001 roku, prawie codziennie piłem alkohol pod różnymi postaciami (piwo, wino, wódka) i w różnych ilościach. To nie mogło trwać wiecznie. Nabawiłem się ostrego zapalenia trzustki. Przez trzy tygodnie lekarze walczyli w szpitalu o moje życie. Po wyjściu ze szpitala, gdy poczułem się już na siłach, wróciłem do kolegów i alkoholu. W kwietniu 2002 roku picie sprawiło, że zaczęły trząść mi się ręce, nie mogłem wziąć w nie nawet szklanki z wodą czy herbatą, bo wszystko wylewałem. Nie mogłem też jeść. Pojawiły się myśli samobójcze, bo nie czułem się już nikomu potrzebny, a rodzinie przynosiłem tylko wstyd. Kiedy po dwóch tygodniach zamierzałem skończyć ze sobą i byłem już na ten czyn odpowiednio przygotowany, usłyszałem cichy głos w mojej głowie: „Nie żal ci matki? Przecież ona tego nie przeżyje”. W tym czasie inny głos mówił do mnie: „No pospiesz się, zrób to teraz, na co jeszcze czekasz, nie bój się”. Toczyłem walkę, którą opcję wybrać. W tym momencie zobaczyłem rozpaczającą matkę i wtedy postanowiłem: nie zrobię tego, muszę żyć dla matki. Moja mama skończyła właśnie 82 lata.

Kiedy po dwóch tygodniach zamierzałem skończyć ze sobą i byłem już na ten czyn odpowiednio przygotowany, usłyszałem cichy głos w mojej głowie: „Nie żal ci matki?

Wróciłem tej nocy późno do domu i gdy się położyłem, przemknęło mi przed oczyma moje życie tak jakby na filmie. Rok 1980 − miałem skręt jelit, przez cztery doby leżałem nieprzytomny, zanim przeprowadzono operację i zostałem uratowany. Widziałem siebie pełniącego przez dwa lata służbę wojskową, pełniącego służbę w milicji, a następnie w policji. Na koniec ujrzałem siebie brudnego, zarośniętego, śmierdzącego i omijających mnie ludzi. Leżąc, usłyszałem ciche szlochanie matki. Tak, wiedziałem, że to z mojego powodu roni te łzy. Wtedy zawołałem do Boga: „Panie Boże, ja już nie chcę tak żyć, pomóż mi, odmień to moje życie, aby moja mama już więcej nie płakała z mojego powodu”.

8 czerwca 2002 roku poznaję kobietę z ewangelicznego kościoła, która dała mi w prezencie Biblię i mówiła o Jezusie. Sama była po przejściach, gdyż wcześniej zostawił ją mąż z dwójką dzieci i zamieszkał u innej kobiety. Czytałem Biblię, ale niewiele rozumiałem. Wielką przemianę przeżyłem na nabożeństwie, będąc wśród ludzi, którzy już wcześniej doświadczyli spotkania z Jezusem. Doświadczyłem uwolnienia od nałogu alkoholowego i tytoniowego. Był czas, że wypalałem już dziennie trzy paczki „extra mocnych”. 12 grudnia 2002 roku w USC w Pieszycach zawarłem związek małżeński z Celinką, z którą razem służymy w oddziale Międzynarodowego Stowarzyszenia Gedeonitów. Moja mama oddała swoje życie Jezusowi 20 września 2007 roku, mając 89 lat. Odeszła z tego świata 8 lutego 2009 roku.

Wielką przemianę przeżyłem na nabożeństwie, będąc wśród ludzi, którzy już wcześniej doświadczyli spotkania z Jezusem.

Pan Jezus powiedział: beze mnie nic uczynić nie możecie. Tak, bez Niego to mogłem, ale rujnować życie swoje, rodziny i otaczających mnie ludzi. Słowa Psalmu 37 mówią: Powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni (…) zdaj się w milczeniu na Pana i złóż w Nim nadzieję.

(Historia Mirosława Dąbrowskiego z książki „Szczęściarz urodzony w PRL-u”)



Zachęcamy Cię do zamówienia nieodpłatnego egzemplarza pięknej w treści Ewangelii Jana.

Może chcesz się spotkać i porozmawiać o swoich problemach, o swojej relacji z Jezusem Chrystusem.