On nosi moje ciężary

„Panie, wiem że medycyna jest tu całkowicie bezradna, ale wiem Kim Ty jesteś i co potrafisz”

Drogi Czytelniku, wszystko to, co przeczytasz o moich zmaganiach i sile, która je przezwycięża, zawdzięczam żywemu Jezusowi. On nosi te ciężary, ja jestem za słaby, by je dźwigać, nie tracąc przy tym zmysłów i pokoju.

W wieku 14 lat przestałem chodzić na religię i drwiłem z każdego, u kogo zauważałem jakąkolwiek religijność. Mimo to, nie byłem pozbawiony obaw dotyczących mojego losu po śmierci. Często miałem problem z zaśnięciem, bo nieustannie w mojej głowie pojawiało się pytanie: „co dalej?”. Bałem się myśli o bezgranicznym i nieprzyjaznym kosmosie. Czasami dopuszczałem istnienie Boga, z którym, być może, przyjdzie mi się spotkać i który zechce mnie rozliczyć z mojego życia, jednak byłem przekonany, że nie będzie miał mnie za co ukarać: przecież nie miałem wrogów, z ludźmi żyłem w zgodzie, nie kradłem, nie popełniałem żadnych przestępstw, byłem OK.

Kiedyś podczas wakacji na Mazurach poznałem grupę chrześcijan. Jedna z dziewcząt, Ela, opowiadała mi jak Bóg zmienił jej życie. Uwolnił ją od palenia papierosów, dzięki Niemu przestała nadużywać alkoholu. Odpowiedziałem, że przecież jeśli będę chciał, to sam przestanę palić, nie będę pił i nie jest mi do tego potrzebny jakiś Bóg! Ostatnie jej słowa brzmiały:

– No cóż, nie przekonam cię o Jego istnieniu, ale jeśli jest w twoim życiu coś, czego nie jesteś w stanie rozwiązać, przyjdź do Niego. Pamiętaj tylko, żebyś uczynił to w imieniu Jezusa. Poproś Go o rozwiązanie tej sprawy. On jest wszechmocny. Jeśli rozwiąże twój problem – to się zastanów, a jeśli nie – też pomyśl.

W tym czasie miałem problemy ze zdrowiem w postaci nieostrego i podwójnego widzenia. Na początku następnego miesiąca miałem podjąć pracę sezonową, jednak otrzymanie jej było uzależnione od nienagannego zdrowia. Postanowiłem więc skorzystać z rady Elżbiety i pierwszy raz w życiu pomodliłem się do Boga własnymi słowami. Powiedziałem: Podobno jesteś wszechwiedzący, w takim razie wiesz co się dzieje w moim życiu. Wiesz, że mam problem dotyczący zdrowia i co jest od niego uzależnione. Nie wierzę w Twoje istnienie, ale nie wiem, czy mam rację. Nie chciałbym kiedyś stanąć przed Tobą i stwierdzić, że się myliłem, więc daj mi się przekonać o tym. Proszę uzdrów mnie. Jeśli to uczynisz, to będę Cię szukał ze wszystkich sił. A jeśli nie odpowiesz na moją prośbę, to…

Kiedy rano wstałem mój wzrok był nadal kiepski. Następnego dnia jednak stwierdziłem, że widzę lepiej. Kolejnego poranka wyszedłem z namiotu, porozglądałem się i stwierdziłem, że mam całkowicie dobry wzrok. Popatrzyłem w niebo i stwierdziłem: …hmm, to oznacza, że jesteś…

We wrześniu kupiłem pierwszy raz w życiu Pismo Święte i zacząłem czytać szacunkiem i wiarą Nowy Testament. Po jego przeczytaniu obraz mojej „porządnej” osoby w Bożym świetle przedstawiał się całkiem inaczej. Drobne przewinienia nie były wcale drobne. Kiedy przyszedłem do Jezusa w pokutnej modlitwie, wyznając swoje grzechy odczułem wręcz fizyczne uwolnienie jak bym się pozbył bardzo ciężkiego plecaka.

Jezus uwolnił mnie również od palenia, z którym podobno bez problemu miałem dać sobie radę sam. Na spotkaniu chrześcijańskim jedna z osób zapytała mnie, czy nie chciałbym być wolny od palenia. Odpowiedziałem, że marzę o tym, ale dotychczas każda próba rzucenia nałogu kończyła się tylko zwiększeniem ilości wypalanych papierosów. Mimo, że paliłem tylko dwa lata, nałóg był mocniejszy. A choć doświadczyłem już wszechmocy Boga, to nie przypuszczałem, że jest zainteresowany także tą dziedziną mojego życia. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po wyjściu ze spotkania, było zapalenie papierosa, ale kiedy sięgnąłem po kolejnego, usłyszałem wyraźny głos w moim wnętrzu: przecież modliłeś się o uwolnienie z tego nałogu. Wiedziałem, że to mówił Bóg. Odpowiedziałem: dobrze, ale jeśli mi się zachce palić, to na pewno nie omieszkam tego uczynić, nie będę się powstrzymywał. I stało się tak, że nie palę już od października 1986 roku.

Po niedługim czasie, odkryłem że powinienem się ochrzcić na znak zawartego przymierza z Jezusem. W Nowym Testamencie nie ma mowy o chrzcie niemowląt, lecz ma to być świadomy akt posłuszeństwa Jezusowi poprzedzony osobistym pojednaniem się z Nim.

Od tego czasu starałem się żyć z Bogiem na co dzień. Jednak ze wstydem muszę się przyznać, że z czasem jakość mojej społeczności była coraz bardziej byle jaka. Chodziłem na nabożeństwa, na których podejmowałem wewnętrzną decyzję o wzięciu się za siebie, lecz z przekroczeniem progu budynku moje postanowienia obracały się w nicość – były kolejnym pobożnym zrywem bez kiwnięcia palcem.

Po 12 latach nie wytrzymałem i zawołałem w modlitwie: Panie, nie po to dałeś mi się poznać, bym był letni i bezużyteczny w Twoim Królestwie. Wiem, że masz plan dla każdego, w Twoim Królestwie nie ma bezrobotnych. Chcę chodzić tylko Twoimi drogami, mam dość swoich dróg. Świadomy jestem swojej niedoskonałości i konieczności przemiany swojego życia – Czyń co uznasz za stosowne, bym stał się użyteczny dla Ciebie. Oddaję Ci się na nowo w całości. Oddaję Ci WSZYSTKO !!!

…nie trzeba było czekać długo, po niespełna dwóch miesiącach nastąpiły okoliczności, które uaktywniły chorobę w moim ciele.
Problemy zdrowotne, o których pisałem wcześniej nie tylko powróciły, ale i pojawiły się nowe. Doszło do tego, że leżałem bez sił i czucia w łóżku i nie wiedziałem co mi jest. Pierwszego października 1998 roku dowiedziałem się, co jest przyczyną mojego niedomagania. Po wykonaniu wielu badań, w tym także rezonansu magnetycznego, wynik miał być odczytany przez lekarza neurologa. Na moje pytanie, co w końcu mi dolega, lekarka odpowiedziała z niezrozumiałym oburzeniem:
– Przecież to stwardnienie rozsiane!!! I cóż się pan tak dziwi?!

Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było stwierdzenie skierowane do Jezusa: „Panie, wiem że medycyna jest tu całkowicie bezradna, ale wiem Kim Ty jesteś i co potrafisz”. Mimo niedelikatności lekarki pokój, który miałem w sercu od 12 lat, był we mnie nadal. Miałem pełną świadomość, z czym jest związana ta choroba i do czego doprowadza. Rak nierzadko jest „pogodniejszą” diagnozą. Perspektywa bycia „rośliną” przez większą część życia jest koszmarem.

Choroba przyczyniła się między innymi do tego, że razem z żoną nie mogliśmy mieć dzieci. W końcu jednak zaczęliśmy się modlić o potomstwo – i teraz cieszymy się śliczną córeczką.

Degradacja sprawności doprowadziła mnie do możliwości 1,5-2 letniego dziecka wraz ekstremalnymi humorami. Choroba mocno komplikuje życie całej rodziny. Dla mojego małżeństwa to doświadczenie też było ogromną próbą… żona odeszła stwierdzając, że chce dziecku oszczędzić widoku leżącego ojca, po 10 latach małżeństwa, a sześciu od diagnozy…. Niestety odeszła też od Jezusa, modlę się o jej powrót do Niego, wybaczając to, co było do wybaczenia.

Wbrew medycznemu scenariuszowi odmiany tej choroby, powinienem mieć się coraz gorzej. Za sprawą intensywnej rehabilitacji, mogę liczyć na czasowe poczucie trzymania się na jednym poziomie, ale to jednak do czasu. Lekarstwa na tę przypadłość nie wynaleziono, lecz ja mam się z każdym rokiem coraz lepiej. Pewniej się poruszam, przywracana jest mi stabilność na wielu „frontach”, o których nawet nie wiedziałem że istnieją w organizmie, a których nie da się przezwyciężyć rehabilitacją. Wiem, że to czyni Jezus, którego uchwyciłem się przed laty, darząc mnie w tym wszystkim Swym pokojem nie do opisania.

Pan sprawił, że mogłem na nowo założyć rodzinę (czytaj Mat.19;9) o co długi czas się modliłem. Córka pojednała się z Jezusem w wieku 12 lat, a w wieku 14 lat postanowiła się świadomie ochrzcić, chcąc być posłuszną Jezusowi, uzasadniając to też m.in., „że widzi jak realny jest Bóg w zmaganiu taty z chorobą” – jest teraz szczęśliwym dzieckiem Bożym.

Przypuszczam, że to co teraz przeczytasz wyda Ci się nieporozumieniem. Nie oddałbym mojego doświadczenia choroby za życie w „spokoju” i powolnym oddalaniu się od osoby Jezusa. Jestem świadomy tego, że proces, któremu aktualnie jestem poddany, jest konsekwentnym wypełnianiem się odpowiedzi na modlitwę o bezwzględną przemianę mojego życia. Taka modlitwa jest zawsze wysłuchiwana. Nie zdziw się, że po niej zaczną dziać się dziwne rzeczy w twoim życiu – czasem bolą, lecz nie ma innej możliwości dokonania się tej przemiany.

Nie wiem, co mnie jeszcze czeka, lecz wiem, że będąc z Jezusem na co dzień, mogę liczyć na siłę, której nie da mi żadna osoba czy okoliczność.

Przeczytałem kiedyś taką myśl, że „…choroba jest Bożym megafonem w życiu człowieka”. Zgadza się, lecz nabiera ona sensu wtedy, gdy jest się zanurzonym w Jezusie, którego Ci życzę z całych sił.

Panie dzięki Ci, że mnie odnalazłeś – kazimierz zieliński. 25.03.2016 r.