Nie potrzebuję niczyjej łaski.

„Chłopie, jakbyś wiedział, co jest w moim życiu, to byś nie gadał: Jezus zmienił moje życie!”

Historia Władysława.

Od najmłodszych lat stroniłem od imprez alkoholowych. Mój nieżyjący już ojciec miał problem alkoholowy i widziałem, ile wycierpieliśmy – mama, ja, moich sześciu braci i trzy siostry. Z powodu uzależnienia ojca, nie miałem z nim bliskich relacji, których bardzo potrzebowałem. Powiedziałem sobie, że nie będę nigdy pił alkoholu z kolegami. Nie będę taki jak ojciec.

Postanowiłem swoje życie odpowiednio poukładać. Miałem swoje zasady. Trzy lata szkoły zawodowej, mieszkanie w internacie, służba w wojsku. Wiele razy byłem prowokowany i kuszony, aby zapalić, czy się napić. Nie dałem się jednak złamać. Byłem porządnym chłopakiem.

Na zabawie w Kłobuczynie poznałem Danusię, dziewczynę, która przyjeżdżała tu do koleżanki, z którą chodziły do szkoły średniej w Szprotawie. W 1977 roku zawarliśmy związek małżeński. Uchodziłem, jak wielu o mnie mówiło, za szczęściarza – młodo się ożeniłem i szybko dostałem mieszkanie (dzięki firmie, w której pracowałem). Zaraz kupiłem, jak na tamte czasy, marzenie wielu młodych małżeństw: meble, kolorowy telewizor. Uprawiałem pomidory pod folią.
Pieniędzy mi nie brakowało, bo chociaż wypłaty oddawałem żonie, były jeszcze jakieś pieniądze wypłacane dodatkowo poza podstawową pensją, a te należały już wyłącznie do mnie i nigdy ich nie przeliczałem. Po pewnym czasie zauważyłem, że ktoś dobiera się do moich kieszeni, bo wyczuwałem, że jest w nich objętościowo znacznie mniej pieniędzy, niż było poprzedniego dnia. Oczywiście, koledzy byli poza zasięgiem moich podejrzeń. Podejrzenie skierowałem od razu na małżonkę. Oskarżałem ją o podbieranie kasy, lecz ona protestowała i odrzucała moje oskarżenia. Stałem się nerwowy, upijałem się coraz częściej. Na zarzuty ze strony żony, że za dużo piję, odpowiadałem: „Ja dopiero zacznę pić!”. Stałem się „aranżerem” picia. Moje zasady gdzieś się zagubiły. I tak rozpoczął się mój życiowy dramat. Coraz częściej wracałem do domu pod wpływem alkoholu. Gdy żona robiła mi z tego powodu wyrzuty, zacząłem używać w stosunku do niej wulgaryzmów, a później także pięści. Nie przypuszczałem, że urośnie to do takich rozmiarów.

Któregoś wieczoru, kiedy się awanturowałem, w trosce o bezpieczeństwo dzieci i w celu uciszenia moich agresywnych zachowań, ratowała się wezwaniem patrolu milicji. Zabrano mnie wówczas na Izbę Wytrzeźwień – na oczach wścibskich sąsiadów, a ponieważ wypowiadałem groźby w stosunku do żony, przewieziono mnie na komisariat i przetrzymano do rana „na dołku”. Po powrocie zdemolowałem nasze mieszkanie. Koledzy denerwowali się z powodu mojej nieobecności w pracy, bo do tej pory nigdy nie było tak, abym ich nie informował, np. że mogę być trochę później. Bardzo mi współczuli, gdy się dowiedzieli, co było rzeczywistym powodem mojego kilkugodzinnego spóźnienia do pracy.

Przez pół roku nie odzywałem się do żony. Teściom zabroniłem odwiedzania wnuków. Od czasu do czasu czyniłem próby dotyczące stabilizacji w naszym małżeństwie, ale po dwóch tygodniach znowu było źle. Postanowiłem rozpocząć budowę domu, co miało być odskocznią od problemów i zajęciem (po pracy zawodowej) może nawet na kilka lat. Zacząłem załatwiać sprawy, związane z uzyskaniem pozwolenia na budowę. Okazało się, że nic nie da się załatwić bez wręczenia łapówki urzędnikom. Byłem przeciwny dawaniu.

W pewien deszczowy dzień, idąc po poradę do znanego mi inżyniera, pana Grzegorza, spotkałem dawno niewidzianego kolegę, Józka, który w tym czasie pracował w głogowskiej budowlance. Józek – zapoznany z moimi planami budowy – zaprosił mnie do siebie do domu na kawę, mówiąc że skontaktuje mnie ze swoim kolegą, który może pomóc w sprawach urzędowych i projektowych związanych z moją przyszłą budową domku.

Odwiedzając Józka, poznałem jego żonę, Jasię i córeczkę, Martę. Bez ogródek zaczęli mówić o żywym Jezusie, którego obecności doświadczają w codziennym życiu. Byłem trochę zmieszany, bo podejrzewałem, że chodzi o jakąś inną religię, a ja nie zamierzałem niczego zmieniać w tym temacie. Kiedy wychodziłem, otrzymałem od nich książkę i słowa zachęty do jej przeczytania. Byłem „wierzącym praktykującym”, tylko że dla mnie Bóg był „tam wysoko”, a ja „tu na ziemi musiałem się męczyć”. A poza tym pomyślałem: „Chłopie, jakbyś wiedział, co jest w moim życiu, to byś nie gadał: Jezus zmienił moje życie!”. Tak, jak wcześniej myślałem, tak też powtarzałem: „Niczyjej łaski nie potrzebuję”.

Atmosfera tego domu nie dawała mi spokoju. Mówiłem sobie: „A jeżeli to prawda, co Józek mówi?”, a przecież znałem go parę lat, nieraz razem piliśmy… W końcu, w skrytości przed żoną, poczytywałem Nowy Testament.
I ta nieodparta chęć pójścia do Józka kolejny raz… W końcu znalazłem pretekst. Oddam książkę, którą mi pożyczył („Najszczęśliwsi na świecie”), mimo że wcale jej nie przeczytałem – tylko wyłapałem głównego bohatera. Oczywiście byłem zapytany, czy podobała mi się ta książka. „Tak – odpowiedziałem – ten Szakarian to niesamowity gość”. I tak zostałem parę godzin, aż w końcu powiedziałem: „Ty mówisz, że Jezus zmienił Twoje życie, ale jak On to zrobił?!”.
Zasugerowali abym, przebaczył żonie i pojednał się z Panem Bogiem. Słysząc to, byłem zakłopotany, bo ja też uważałem się za wierzącego i chodziłem do kościoła. Powiedzieli, że tylko łaska przebaczenia jest początkiem powrotu do normalności. Gdy zaczęli modlić się o mnie, byłem pod głębokim wrażeniem ich modlitwy.
Gdy otworzyłem swoje usta, wołając do Jezusa o przebaczenie moich grzechów i pomoc w zaistniałej sytuacji rodzinnej, doznałem takiej obecności i bliskości Boga oraz przemiany w moim duchu, że wychodząc od nich, już po północy, znane mi dotąd miasto, wydawało się o wiele większe. Miałem nawet problem ze znalezieniem właściwego kierunku do mojego domu – na odległym o trzy kilometry osiedlu. Przyjęta proponowana sugestia zaowocowała najpierw pojednaniem z Panem Bogiem, a następnie z małżonką, Danusią. Początkowo miałem obawy, że teraz, gdy ona zobaczy, że złagodniałem, będzie chciała sobie odbić wszystkie lata mojej dominacji.

Przestałem pić i pożyczać pieniądze na alkohol kolegom. Zbliżały się moje imieniny. Pomyślałem, że koledzy mi na pewno nie odpuszczą, ale teraz będzie inaczej. Żona upiekła smaczne ciasto, kupiłem kilka egzemplarzy Biblii na prezenty dla nich. W porze śniadaniowej rozpakowałem torbę. Gdy brygadzista zobaczył, co z niej wyjąłem, wypalił: „Aleś nam wyciął numer, ty jesteś porąbany”. W tym momencie do szatni wszedł kierownik i powiedział: „Co to za stypa? Zasuwaj do sklepu, i to migiem!”. Dzięki lekturze Pisma Świętego mam teraz zdrowe zasady, jestem wolny od manipulacji, mogę razem z moją rodziną poznawać Zbawiciela takim, jaki On jest w rzeczywistości.

W Księdze Izajasza 53:6 czytamy: Wszyscy jak owce zbłądziliśmy, każdy z nas na własną drogę zboczył, a Pan jego dotknął go karą za winę nas wszystkich”. Dotknąłem Pana Boga – spróbuj Jego łaski przebaczenia!

(Historię Władysława znajdziesz w książce p.t. „Szczęściarz urodzony w PRL-u”)