Małgorzata Tomczyk

Od wczesnego dzieciństwa wiedziałam, ze Bóg jest kimś bardzo ważnym w życiu człowieka. Widziałam, jak traktuje Go Mama i czułam, że powinnam zbliżyć się do Niego jak najbardziej.

Wychowałam się w rodzinie katolickiej, więc utożsamiałam go z obrazkami i ceremoniałem odprawianym przed ołtarzem.

Pamiętam, jak namówiłam swojego młodszego o rok bratu i razem zrobiliśmy ołtarzyk, przed którym zobowiązaliśmy się spotykać 2-3 razy dziennie na modlitwę. Tak naprawdę odprawiliśmy nasze dziecięce „ modły” tylko raz. Do dziś nie wiem, komu chciałam bardziej zaimponować? Bogu czy Mamie.

Mama ( jak już wspomniałam) była bardzo wierzącą osobą, ale nie miała łatwego życia ze swoim mężem i teściową za ścianą. Bywało strasznie, ale ten najgorszy czas miałam zrekompensowany przez zabawy z moimi braćmi i rówieśnikami. Razem przechodziliśmy przez najtragiczniejsze dni, które tak naprawdę jeszcze mocniej nas cementowały.

Wrócę jednak do tego, jak docierał do mnie Pan Jezus.

Jak łatwo się domyślić byliśmy z moim bratem bliźniakiem prymusami na lekcjach religii. Bardzo nas to ” wciągało” i było kilka takich perełek ze Słowa Bożego, które miały dla mnie szczególne znaczenie.

Kiedyś usłyszałam, ze Bóg słyszy najgłośniej modlitwy dzieci, albo, że obiecał nigdy więcej nie zsyłać potopu na ziemię. To były dla mnie niewyobrażalnie ważne słowa. Uchwyciłam się ich, jak czegoś zupełnie materialnego.

Nie zapomnę dnia, gdy wracaliśmy ze szkoły i rozszalała się burza. Całe potoki płynęły ulicami. W panice biegliśmy do domu, a ja tylko krzyczałam do brata i koleżanki, żeby się nie bali, bo Pan Bóg obiecał, że już więcej nie będzie topił ziemi.

Gdy to piszę, to zdaję sobie jeszcze mocniej sprawę z miłości Bożej do człowieka. Myślę, że pociąga nas do siebie od samego początku naszego istnienia, tylko, że nie wszyscy mają odpowiednie warunki usłyszeć to i zrozumieć, co właściwie się dzieje. Później za to możemy słuchać wspaniałych, mocnych świadectw.

Nie pamiętam już, w której byłam klasie, gdy w naszym mieście zorganizowano pokaz filmu „ Jezus z Nazaretu”. Bardzo mocno go przeżyłam, a podczas seansu coś w moim wnętrzu zamknęło się lub otworzyło. Można to różnie wytłumaczyć. Było to mocne, ale bezbolesne uderzenie „ od środka”.

Lata mijały.

Moja mama, która była „ spoiną” naszej rodziny, chorowała coraz mocniej. Bardzo często bywała w szpitalu. W takich okresach ja przejmowałam jej obowiązki. Praktykowałam to, czego wcześniej mnie nauczyła.

Kończyłam szkołę podstawową i dużo wcześniej wiedziałam, gdzie chcę kontynuować swoją edukację.

W tym czasie Bóg zaczął dla mnie „ niknąć”. Wiedziałam, że chcę zdawać do „ barwnego” Liceum Plastycznego i zintegrować się CAŁKOWICIE z tym środowiskiem. Próbowałam wielu rzeczy, a na jeszcze więcej byłam otwarta.

Nie wiem dlaczego, ale zrodził się we mnie jakiś cichy bunt do Boga, że mogłabym nie zakosztować tego wszystkiego, jeśli będę z Nim. Miałam do Niego żal, że „ ogałaca” swoje dzieci z tylu niesamowitych doznań.

Toczyła się we mnie niesamowita walka, pomimo tego, że w tym czasie byłam już nawrócona.

A stało się to pewnego dnia przy czytaniu szerokich fragmentów Objawienia Jana. Byłam w domu sama. To nie strach przed tym wszystkim, co było tam napisane zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale osobisty stosunek Boga do człowieka. Zachwyciłam się tym i zapragnęłam właśnie takiej relacji z Nim. Listy do Zborów, zachęta do oczekiwania, błogosławieństwo dla tych, którzy trzymają się tych słów i piorą swoje szaty w krwi baranka. Przyjęłam to bardzo mocno i zrodziło się we mnie pragnienie uczestniczenia w tym wszystkim. Od tamtej chwili miałam świadomość, ze Jezus jest ze mną ciągle.

Pewnego dnia w klasie ( już w Liceum), nie pamiętam z jakich powodów, Profesorka przesadziła mnie do innej ławki. Za mną siedziały dwie dziewczyny. Na przerwie odwróciłam się do nich i zobaczyłam na ławce Biblię z naklejką „ błogosławiony naród, którego Bogiem jest Pan”. Zaczęłyśmy o tym rozmawiać. Zwierzyłam im się ze swojego żalu do Boga, a jedna z nich zapytała, czy jestem świadoma tej drugiej siły duchowej, która walczy przeciwko naszemu duchowi? To było dla mnie odkrywcze. Oczywiście, że wiedziałam, ale traktowałam to bardziej, jak jakiś folklor. Nie sądziłam, ze mogę mieć realnie kogoś takiego blisko siebie.

Wreszcie zaczęłam rozumieć, co się ze mną dzieje.

Te dziewczyny zaprosiły mnie na spotkanie młodzieżowe do Kościoła Zielonoświątkowego. Wszystko zaczęło mi się układać w jedną całość. Tak wiele rzeczy widziałam w kościele katolickim zupełnie sprzecznych z tym, co czytałam i czułam.

Po jakimś czasie przyjęłam chrzest. Nie będę wspominać, jaką burzę miałam w domu. Jednak z Mamą mogłam zawsze sensownie o tym porozmawiać, bo od tamtej pory Biblia stała się Jej lekturą podstawową.

Mama zmarła dość młodo. Wiem, że gdybym nie była wtedy w rękach Pana skończyłoby się to dla mnie źle. Przez cały czas Jej ostatniej choroby doświadczałam manifestów bliskości Bożej.

Obok mnie był już wtedy mój obecny mąż.

I tak mija już trochę lat, a ja wciąż uczę się doceniać, że jestem w Jego rękach, pomimo tego, że miewam upadki. Jednak Pan podnosi mnie ze wszystkich. Mam nadzieję, że dokończę swój bieg zwycięsko.

Małgorzata Tomczyk

One thought on “Małgorzata Tomczyk

Comments are closed.