Kocha – nie kocha (dla kobiet)

Jest taki jeden dzień w roku, w którym zakochani mężczyźni i kobiety mogą wyzwolić się z codziennych ograniczeń i do woli dawać wyraz swoim prawdziwym uczuciom. To Walentynki.
Moja pierwsza nauczycielka w szkole podstawowej, Pani Williams, nauczyła nas ozdabiać małe, brązowe torebki papierowe na tydzień przed tym Wielkim Dniem. Po tym, jak już narysowaliśmy na nich kredkami serca, które błyszczały na czerwono, ona przyczepiała je na tablicy. Uśmiechając się do nas tak delikatnie, jak tylko nauczyciel w szkole podstawowej potrafi, Pani Williams określała zasady: „Jeśli planujesz wręczyć komuś walentynkę, musisz przynieść też walentynki dla wszystkich innych, nie tylko dla swoich przyjaciół”. Uważam, że właśnie w taki sposób to powinno się odbywać. Byłyby to Walentynki, podczas których nikt nie mógłby poczuć się odrzucony czy zapomniany.

Więc czternastego lutego każdy przynosił do szkoły 25 małych, białych kopert. Niektóre dzieci przynosiły kartki ozdobione w taki sposób, że każda wyrażała jakąś inną cechę charakteru np. Truskawkowe ciasteczko znaczyło „Jesteś słodki/słodka”, narysowana Barbie mówiła „Szczęśliwego Dnia Walentego, chodźmy na zakupy”. Najbardziej oczekiwane walentynki były wypełnione cukierkami w kształcie serduszek, które niosły ze sobą wiadomości takie jak: „W ŻADNYM WYPADKU” albo „KOCHAM CIĘ”. Pani Williams pozwalała nam je jeść podczas zajęć.
Kiedy podrosłam te same wiadomości nabrały innego znaczenia. Stały się one zrozumiałym dla wszystkich kodem, który ułatwiał wyrażenie uczuć np. nieśmiałemu chłopcu siedzącemu zawsze w kącie klasy. Nagle, słowa „JESTEŚ OK” mogły wyrażać namiętność Romea mówiącego do swojej Julii.

Jednak wtedy też, w tym bezpiecznym i pełnym miłości świecie, nauczyłam się, że strzała Kupidyna nie trafia każdego. I chociaż twoja matka uważa, że jesteś najpiękniejsza, a twój ojciec przynosi ci róże, to nadal nie oznacza to, że ktoś inny też zauważy, że jesteś kimś szczególnym.
Kiedy dostałam się do szkoły średniej, Dzień Świętego Walentego został zastąpiony przez „Dzień Goździka”. Jeśli dostałaś białego goździka, był on od przyjaciela. Jeśli dostałaś czerwonego goździka… hm, byłaś jedną z wybranych – ktoś cię podziwiał. Po jakimś czasie wiedziałam, że sprzedaż tych kwiatów była obliczona na zysk, ale moje serce i serca innych uczniów wiedziały, że te goździki w jakiś sposób stały się symbolem czyjejś wartości i pożądania przez innych. Jako weteran w dostawaniu białych goździków, mogę wam powiedzieć, że otrzymywanie ich było bardziej upokarzające niż nieotrzymanie żadnego. (Uwierz mi. Jeśli nie dostałaś żadnego, mogłaś przynajmniej mówić, że „jesteś ponad to wszystko i nie masz ochoty brać udziału w tych dziecinnych zabawach”).

Niektóre dziewczyny, które dostawały czerwone kwiaty chodziły obnosząc się nimi, ale w taki sposób, jakby uczucie złożone w tych kwiatach było czymś oczywistym, a przez to nieco nużącym. Niektóre z nich nosiły goździki we włosach jakby chciały powiedzieć „Spójrzcie na mnie, jestem najbardziej kochana”. I chyba tak naprawdę, one wszystkie rozkoszowały się wzbudzaniem zazdrości tych dziewczyn, które dostawały białe kwiaty… albo nie dostawały żadnego. Jeśli o mnie chodzi, Dzień Walentego zniszczył moje marzenia o staniu się Kopciuszkiem czy Śpiącą Królewną. Nawet myśl o brzydkim kaczątku, który przemienił się w łabędzia przestała być pocieszająca. Więc, po pierwszym Dniu Goździka w nowej szkole postanowiłam, że ten dzień będzie moim osobistym wrogiem.

Teraz uczę się w szkole wyższej (miejscu dojrzewania emocjonalnego i osobistego przebudzenia). Jednak mój dystans nadal chroni mnie przed widzeniem w tym dniu czegoś więcej niż komercyjnego święta plastikowych róż i romantycznej szczerości przekonującej „róże są czerwone, a fiołki niebieskie”. Chciałabym skorzystać tu ze sposobności i powiedzieć, że fiołki nigdy nie były naprawdę niebieskie. Moja współlokatorka, skończona romantyczka, i ja naprawdę się o to spieramy. Kiedy ona myśli o Dniu Świętego Walentego, widzi okazję, aby pokazać wszystkim jak bardzo jest nimi zainteresowana i stara się by przemiłe słowa odsłaniały całą głębię jej uczuć. Jestem pewna, że ta różnica między nami może być związana z tym, że ona nie przeżyła Dnia Goździka.

Cokolwiek myślisz o dniu 14 lutego, jest jedna rzecz, która dotyczy wszystkich: wszyscy chcemy być kochani, wszystko jedno, czy wolimy ujawniać to w dniu podyktowanym przez kalendarz, czy też nie. W szkole średniej, my – dziewczyny, spędzałyśmy mnóstwo czasu kontemplując to pragnienie, rozmawiając o nim do 2 w nocy, pisząc o nim wiersze i szukając spełnienia…

Kiedy w tym roku słodki zapach róż i czekoladek zaczął przenikać do mojego akademika, zareagowałam w mój typowy, cyniczny sposób: pogardliwie patrząc na różowe misie w supermarketach, narzekając na reklamy telewizyjne promujące „najlepsze” piosenki miłosne śpiewane przez pary przytulone przy kominku. Kicz!
W momentach prawdy zdałam sobie sprawę, że być nie chodzi mi tylko o to, że Walentynki to święto komercyjne i tak bardzo puste. Chyba cały czas bolało mnie to, że Walentynki nie zawsze i nie dla wszystkich są zabawne, ciepłe i miłe.

Wszyscy mamy nadzieję, że możemy otrzymać pudełeczko albo bukiecik. Te rzeczy mówią nam, że jesteśmy kochane, szanowane, adorowane i doceniane. Te słowa sprawiają, że serce bije nam nieco szybciej, nieprawdaż? Pozwól mi powtórzyć je raz jeszcze: kochane, szanowane, adorowane i doceniane. Wiesz co mam na myśli? Bez względu na styl życia, większość kobiet, gdzieś głęboko w sobie, pragnie tego samego. Taka jest nasza natura, że tego potrzebujemy, a nieobecność tych odczuć sprawia, że mamy wrażenie wewnętrznej pustki. Kiedy dzieje się tak zbyt długo, przestajemy myśleć, że w ogóle zasługujemy na to, by ktoś nas kochał. Kiedy pustka staje się coraz bardziej nieprzyjemna, mamy tendencję, aby zapychać ją czymś, co wygląda jak miłość – choćby na krótką chwilkę. Wtedy Walentynki, czyjaś uwaga i seksualne zbliżenia stają się zastępstwem dla prawdziwej miłości.

Jednakże to interesujące, że im bardziej akceptujemy te wszystkie substytuty, tym bardziej czujemy się puste i niezasługujące na miłość. Wiem, że jest taki punkt zwrotny, w którym zdajemy sobie sprawę, że to, czego pragniemy, jest niemożliwe do spełnienia i że jesteśmy głupie spodziewając się szczęścia, na które przecież w ogóle nie zasługujemy. To jest jak metka, którą sobie przyczepiamy: „obniżka” albo „gorszy towar”. Jeśli będziemy dawać informować wszystkich, że nie zasługujemy na miłość, to kto się z nami nie zgodzi? Dostajemy dokładnie to, o co prosimy. Niestety, zbyt wielu chłopców chce znaleźć dziewczynę, która nie spodziewa się niczego wielkiego, ale dużo daje w zamian. Szukają takich dziewczyn, które są przekonane o swojej bezwartościowości. Ale czy kiedy związek się kończy, kiedy wszystko już zostało zrobione i powiedziane, czy te dziewczyny czują się kochane, szanowane, adorowane i docenione? Spełnione? Nie. Wtedy czujemy się jeszcze bardziej puste i jeszcze bardziej samotne.
Chcę powiedzieć, że czasem jesteśmy oszukane przez rzeczy, które niosą w sobie obietnicę spełnienia i miłości (jak dostanie bukietu czerwonych goździków). Te przedmioty nas nie wypełnią. Prawdziwa miłość i satysfakcja przychodzi tylko od Tego, który stworzył nas, byśmy otrzymywały te dobra: od Boga.

Jeśli oglądałaś jeden z ostatnich filmów, w którym gra Julia Roberts, to na pewno pamiętasz scenę, w której odrzuca ona mniej-niż-idealną propozycję, mówiąc: „Chcę baśni”. Nie jest sama. Wszystkie chcemy księcia w lśniącej zbroi, który zsiądzie ze swego wierzchowca, błyśnie mieczem i uratuje nas ze szpon złego smoka. Książę nigdy nie mówi „Eee, to zbyt straszne… ten potwór zieje ogniem… wiesz, widzisz, mam pojedynek i właśnie muszę jechać…”. Książę zawsze broni honoru swej damy i nigdy go nie zbruka. Książę jest wierny bez wyjątków. Chciałabym zasugerować ci, że taki dokładnie jest Bóg. On proponuje nam zakończenie w najlepszym stylu: „…i żyli potem długo i szczęśliwie”.

Boża miłość jest doskonała i kompletna. Bóg jest cierpliwy i delikatny. Nigdy nie jest zazdrosny, arogancki, nigdy się nie przechwala. Bóg jest definicją miłości. On zna najlepszy sposób kochania nas, ponieważ nas stworzył. Bóg był tym, który stworzył cię z pragnieniem bycia kochaną, szanowaną, adorowaną i docenianą. On zamieni „miłość”, która pozostawia cię nieusatysfakcjonowaną na doskonałą i rzeczywistą miłość, na którą nie możesz zapracować, ani zasłużyć. A to, co najpiękniejsze, to to, że Jego miłość wyklucza jakiekolwiek odrzucenie.
Być może mówisz do siebie „Zrobiłam tak wiele głupich rzeczy, jak ktoś mógłby pokochać kogoś takiego jak ja?” Prawda jest taka, że Bóg zaakceptuje cię bez względu na twoje błędy. Dobrze to wiedzieć, prawda? Tak, Bóg jest doskonały i jako doskonały sędzia nie może zaakceptować naszych błędów. To ma sens. Czy nie byłabyś oburzona, gdyby Sąd Najwyższy pozwolił wszystkim przestępcom wyjść na wolność? Czy możemy spodziewać się czegoś innego od Boga? Różnica jest taka, że Bóg jest bardziej jak sędzia, który wydaje wyrok skazujący, zdejmuje swoją togę i odsiaduje za nas wyrok. On zrobił to przez swojego syna, Jezusa Chrystusa. Poprzez wymianę bezgrzesznego życia Jezusa na nasze grzeszne, On wziął na siebie nasze błędy i złe wybory. Jeśli poprosimy Boga o przebaczenie On przez Swojego Syna wybaczy nam te wszystkie, których tak bardzo się wstydzimy. Wszystkie te razy, kiedy zbłądziłam? Będą tak daleko, jak to tylko możliwe. Bóg nie zostawia nas ani nie jest niecierpliwy. On nie ma żadnego innego pragnienia, jak tylko zaprosić nas do społeczności ze sobą. Bóg proponuje nam rzeczywistą miłość, rzeczywiste przebaczenie, prawdziwą satysfakcję i prawdziwe szczęście… Na zawsze.