Kiedy brak prostych rozwiązań…

Od najwcześniejszych lat mojego życia czułem się odrzuconym przez wszystkich wokół. Urodziłem się z chorobą Olliera. Zaatakowane zostały obie moje nogi i prawa ręka. Nie miałem szans na to, bym kiedykolwiek mógł biegać, a pod wielkim znakiem zapytania stanęła kwestia, czy będę mógł w ogóle chodzić. Rodzice wkrótce się rozwiedli, a ja zostałem na tym świecie samotny i bezradny, porzucony przez najbliższych. Droga mego życia przewijała się przez 16 lat między szpitalem, domem dziecka, a sanatorium.

Szybko odszedłem od Boga, ponieważ w codziennym życiu nie doświadczałem Jego obecności, poczułem się bardzo rozczarowany. Kiedy miałem 12 lat amputowano mi nogę i nie mogłem się pogodzić z Bożą obojętnością. Myślałem: cóż to za Bóg, który karze niewinne dziecko nieuleczalną i postępującą chorobą, odbiera mu rodziców i na koniec jeszcze nogę – nie wierzę w takiego Boga. Był to najgorszy okres mojego życia, całkowicie spowity ciemnością. Bardzo nienawidziłem tych wszystkich ludzi, którzy afirmowali swoją postawą, jak głęboko są wierzącymi. Oskarżałem ich o dewotyzm.

W końcu postanowiłem przeczytać kilka razy Biblię, ale nie po to by z powrotem odnaleźć Boga, lecz po to by szydzić z katolików, udowadniając im kompletną ich niewiedzę na temat własnej religii. Sprawiało mi ogromną satysfakcję, kiedy udało mi się kogoś wciągnąć w dyskusję o Bogu. Czułem się jak pająk, co złapał do sieci swą ofiarę. To sprawiło, że nie byłem zbyt lubiany przez kolegów. W moim sercu rosło zgorzknienie. Pewnego dnia, gdy poczułem się bardzo samotny powiedziałem sobie: idę Cię odnaleźć Boże, jeżeli jesteś, to ja Cię dorwę. W ten sposób trafiłem do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, gdzie przez kilka lat uczestniczyłem w życiu kościoła. Ciągle jednak Bóg był daleko ode mnie, dlatego odszedłem od Adwentystów. Szukałem Boga na własną rękę.

Kiedy przyszedł czas ożenku stanął przede mną problem, gdyż moja przyszła żona była gorliwą katoliczką. Musiałem wystąpić do biskupa o dyspensę, by zwolnił mnie z sakramentu pokuty. Dwa lata później, będąc z żoną i dzieckiem w parku na spacerze spotkaliśmy trzech młodzieńców, którzy chcieli nam opowiedzieć o Bogu. Zaprosiliśmy ich do mieszkania. Jakież było moje zdumienie, kiedy oni nie dali się wciągnąć w moją ulubioną grę, nie chcieli rozmawiać z nami o mądrościach biblijnych, lecz opowiadali nam o tym co Jezus zrobił w ich życiu i o wspólnocie w której byli. Odwiedzali nas przez cały rok raz na dwa tygodnie. Wtedy zrozumiałem, że to nie ja szukałem Boga, lecz Bóg cały czas był przy mnie i do Siebie mnie prowadził.

Wraz z moją żoną dołączyliśmy do Wspólnoty „Lew Judy” przy naszej parafii. Wkrótce po tym wyznaliśmy przed braćmi i siostrami ze wspólnoty i przed całym światem, że Jezus Chrystus jest naszym Panem, gdyż tylko On poświęcił swoje życie za nas i z Jego łaski jesteśmy zbawieni, choć niczym sobie na to nie zasłużyliśmy. Wkrótce zacząłem dostrzegać owoce tego wyznania. Jezus zabrał ode mnie nałóg palenia papierosów. Później zauważyłem, że po raz drugi zakochałem się w mojej żonie, następnie zacząłem inaczej patrzeć na ludzi, tak jakoś bardziej serdecznie. W ogóle świat wokół stał się radośniejszy. Wspólnota (kilkuset przyjaciół) w wielu sytuacjach była dla nas wielkim wsparciem. Nie powiem, że moje życie stało się beztroskie, wszak mam rodzinę, którą trzeba utrzymać: żonę i córkę chodzącą do szkoły. Nie pozbyłem się wszystkich problemów. Tuż po wejściu do wspólnoty zostałem okradziony przez jedną z osób, która się we wspólnocie pokazywała, następnie włamano mi się do samochodu i w znacznym stopniu go zniszczono, później pośliznąłem się i bardzo mocno stłukłem jedyną nogę. Jednak na te wszystkie problemy inaczej patrzyłem niż bym patrzył przedtem. Nie miały one większego znaczenia, gdyż nie były w stanie oddzielić mnie od miłości Bożej, którą odczuwam na każdym kroku. Jest rzeczą oczywistą, że Szatan zawsze atakuje tych, którzy chcą iść drogą wskazaną przez Jezusa.

W Piśmie Świętym pisze, że kogo Bóg miłuje, tego też doświadcza. Przez ostatni rok bardzo mocno to odczułem. Choroba nowotworowa zaatakowała moją prawą rękę. Nowotwór okazał się być złośliwy. Wszyscy lekarze zalecali amputację ręki wraz ze stawem barkowym, by ratować moje życie. Nie zgodziłem się. Oddałem się w ręce Jezusa Chrystusa. Jednak ordynator oddziału w szpitalu i inni lekarze nie chcieli nawet słyszeć o tym, by próbować tę rękę ratować. W końcu po wielu perypetiach, namowach i bolesnych badaniach odważyła się na to pewna pani doktor. Podkreśliła jednak, że robi to tylko z powodu mojego uporu i ogromnej wiary, wiary jej i mojej. Operacja polegała na amputowaniu stawu łokciowego i znacznej części kości ramieniowej i łokciowej. Operacja się udała. Wszystkie funkcje dłoni zostały przywrócone. Na razie z powodu braku stawu łokciowego nie mogę zginać ręki, gdyż jest ona bezwładna. Jednak, już wiem, że można będzie w przyszłości wstawić do ręki sztuczny staw i ręka będzie sprawna. W tym trudnym okresie mego życia bardzo mocno odczułem Bożą opiekę nade mną. Miałem okazję będąc w szpitalu poznać bardzo wielu życzliwych ludzi, szczególnie przekonałem się o wielkim sercu moich niektórych sąsiadów. Najbardziej jednak dziękuję Bogu, który mi pokazał, że jest wierny Swemu Słowu i najbardziej kocha tych, którzy świadczą o Nim przed światem w każdej sytuacji, zarówno wtedy gdy wszystko się dobrze układa, jak i w godzinie najcięższej próby.

Świadectwo to kieruję głownie do tych ludzi, którym się dzisiaj wydaje, że są w tak tragicznej sytuacji życiowej, iż nikt nie jest w stanie im pomóc. Myślę, że Bóg nie ma upodobania w naszych cierpieniach i kiedy my cierpimy, On także cierpi. Boże drogi nie są naszymi drogami, stąd tak trudno nam po nich stąpać. Ma On dla każdego z nas swój Boży plan zbawienia i głęboko wierzę w to, że jeśli jesteś w tej chwili mocno doświadczany, to Bóg jest bardzo blisko Ciebie, wystarczy otworzyć mu bramy swego serca właśnie teraz, bo jeżeli nie teraz, to kiedy?

Romek Jarosz