Jak zyskałam sens życia?

Można by powiedzieć, że moje życie było udane, tylko ja nie umiałam się nim cieszyć. Studiowałam, miałam całkiem fajnego chłopaka, przyjaciół, w domu nie było problemów. No i racja? nie umiałam się cieszyć życiem, ale naprawdę próbowałam.
Najpierw pomyślałam, że będę się cieszyć każdym drobiazgiem; tym, że jest ciepło, tym, że nic mnie nie boli, tym, że zajęcia się skończyły… No i cieszyłam się, ale skoro cieszyłam się drobiazgami, to zaczęły mnie też martwić drobiazgi: chłopak plątał się w zeznaniach, koło poszło nie najlepiej, w akademiku znowu nie ma ciepłej wody… Przecież nie można martwić się drobiazgami, życie na to jest zbyt krótkie.
Postanowiłam martwić się tylko poważnymi problemami, ale coś mi podpowiadało, że jeśli tak, to i cieszyć się powinnam tylko z wielkich rzeczy. Ale co jest wielką sprawą w moim życiu? Czy to, że zaliczyłam kolejny rok studiów? Bzdura! Nikt o czymś takim książki nie napisze. Oto przekleństwo posiadania rozumu? czasem trzeba z niego skorzystać. Mój rozum był wystarczająco duży, żeby dać mi zagadkę, ale zbyt mały, żeby ją rozwiązać.
Jednak znalazłam rozwiązanie tam, gdzie nie spodziewałam się go znaleźć i gdzie bałam się go szukać. W Bogu. Złamałam swój opór, którego źródła były tak stare i marne, że nawet ich nie pamiętałam i zaczęłam przyswajać fakty o Bogu, które słyszałam z różnych źródeł.
Niby zawsze wiedziałam, że Bóg stworzył człowieka (mnie) i go kocha (czasem tylko mój rozum nie chciał tego przyjąć, jako zbyt mało udowodnionego empirycznie), ale co to wnosiło do mojego życia? Nic. Jakoś w praktyce żyłam swoim życiem i nie zastanawiałam się nad miejscem Boga w nim (no, może tylko czasem).
No ale zaczęłam myśleć i kilka rzeczy dotarło do mnie z ogromną siłą. Bóg naprawdę stworzył człowieka (to nie jest tylko poetycki opis ewolucji) i zrobił to dlatego, że kocha człowieka i chce nawiązać z nim relację. Ale człowiek jest grzeszny (jakoś nikt nie musiał specjalnie przekonywać mnie, że to również o mnie chodzi), a Bóg jest święty i doskonały (tak doskonały pod każdym względem, że nasze słownictwo nie jest tego w stanie oddać) i te dwie przeciwstawne sobie rzeczy nie mogą trwać obok siebie, a dobre uczynki nie mają wystarczającej mocy, by zakryć całą grzeszność człowieka.
Kiedy tak szczególnie mocno dotarło do mnie jaki jest Bóg, to zapragnęłam iść z Nim przez życie. Cały czas, a nie tylko raz w tygodniu, przez kilkadziesiąt minut. Zrozumiałam, co mogę zrobić, żeby zniszczyć barierę między mną a Nim. Jezus Chrystus umarł na krzyżu za wszystko to, co oddziela mnie od Boga i nie mogę w żaden sposób zasłużyć na to, co już się stało. Mogę jedynie z pokorą przyjąć ten niesamowity dar.
Tak też zrobiłam (to już sześć lat temu!). Powiedziałam Bogu (w modlitwie) o wszystkich moich przemyśleniach, prosiłam, żeby przebaczył wszystkie moje grzechy i na zawsze był w moim życiu.
I jestem przekonana, że od tej pory, nieprzerwanie, Jezus jest ze mną. Dzięki Niemu zyskałam inną perspektywę postrzegania świata i mojego życia. Potrafię już cieszyć się życiem, a nawet jestem wdzięczna za trudne chwile. Moje życie zyskało sens. Gdy się już wie dlaczego się urodziło, jak ma wyglądać życie i co będzie po nim – zaczyna się prawdziwe życie.

Copyright © Anita Niemczyk http://rybunius.republika.pl/