Jak zaczęło się moje nowe życie

Pisząc to świadectwo mam 34 lata, wspaniałego męża i dwójkę dzieci. Na co dzień zajmuję się domem, natomiast w kościele śpiewam oraz nauczam dzieci na szkółce niedzielnej. Prowadzę spokojne życie, pośród kochającej rodziny. Jednak nie zawsze tak było. Ponad dziesięć lat temu byłam osobą, na którą spojrzałbyś z politowaniem, może ze współczuciem, a może z pogardą. Moja własna rodzina, moje ciotki widząc mnie na ulicy, odwracały głowę udając, że mnie nie dostrzegają. Jednak dziesięć lat temu wszystko się zmieniło. Pozwól, że ci o tym opowiem.

Byłam dzieckiem niechcianym przez rodziców. Wychowała mnie Babcia, która stanowiła moją rodzinę zastępczą. Nie chodziłam głodna, miałam dach nad głową, ale nikt się mną nie interesował. Ponad to w domu Babci lało się dużo alkoholu, a opary dymu papierosowego były tak intensywne, że pewnego dnia, gdy byłam w podstawówce wezwano moich dziadków na rozmowę, sądząc, że zapach moich ubrań pochodzi stąd, że to ja sama palę papierosy. Było mi bardzo wstyd. Wstydziłam się też, gdy moja Babcia wracała do domu zataczając się. Nie zapraszałam do domu koleżanek z obawy, że natkną się na moich nietrzeźwych opiekunów. Zawsze myślałam: ja taka nie będę, muszę żyć inaczej.

Mijały lata. Weszłam w wiek dojrzewania. Zapomniałam o wstydzie, który czułam widząc moich Dziadków będących pod wpływem alkoholu i sama spróbowałam. Miałam wówczas 15 lat. Ponieważ miałam sporo pieniędzy, jak na nastolatkę, stąd, że ciocia z zagranicy wysyłała mi je regularnie, stać mnie było na to by płacić starszym chłopakom, za to, że kupowali mi alkohol. Piłam coraz częściej. Trzymałam alkohol w domu, piłam w swoim pokoju i nikt tego nie zauważał.

Wkrótce okazało się, że samo picie mi nie wystarcza. Zaczęłam rozglądać się za nowymi wrażeniami. Najpierw były tabletki, potem poznałam ludzi palących marihuanę, czyli tzw. trawkę, oraz haszysz. Kiedy miałam 17 lat wyjechałam z koleżanką na wakacje. We wrześniu ona wróciła a ja nie. Włóczyłam się po Polsce jedząc byle co, śpiąc byle gdzie i ćpając co się da. Nie tęskniłam za domem i rodziną. Byłam pewna, że nikogo nie obchodzę, że nikt nie przejął się moim zniknięciem. Zawaliłam liceum. Zimą schroniłam się w Monarze, z którego po pół roku zostałam wyrzucona za alkohol. Nie było rady, trzeba było wracać do domu. Przyjęli mnie ze łzami.

Znalazłam pracę na poczcie. Zarabiałam jednak tylko po to, żeby kupić jakiś towar – trawkę, haszysz, LSD, polską heroinę, cokolwiek. Wkrótce zaszłam w ciążę. Urodziłam synka. Wtedy właśnie pojawiła się na rynku amfetamina. Od razu mi się spodobało. Brałam amfę w kanał tzn. dożylnie, dla zwiększenia efektu. Wsiąkłam bardzo szybko. Brałam prawie codziennie. Trzy dni chodziłam na tzw. spidzie, bez jedzenia, bez snu, potem dzień przerwy i od nowa. Wykańczałam swój organizm, ale nie myślałam o skutkach.

Zaczęło brakować pieniędzy. Marudziłam, że towar coraz gorszy, a nie przyszło mi do głowy, że mój organizm przyzwyczaja się i trzeba zwiększać dawki. Zaczęłam wynosić z domu różne rzeczy na sprzedaż. Żeby coś zjeść chodziłam na rynek warzywny zbierać zgniłe, wyrzucone przez sprzedawców warzywa. Mój syn wychowywał się w tym bagnie.

Potem zachorowałam. Zaraziłam się wirusowym zapaleniem wątroby. Szpital. Potem kolejny. Miałam złe wyniki, ale nawet podczas pobytu w szpitalu znaleźli się „przyjaciele” dostarczający narkotyki.

Po kolejnym pobycie wpadłam w ostry ciąg amfetaminowy i wtedy moje ciało sie zbuntowało. Miałam podać sobie kolejną działkę, gdy poczułam ucisk w klatce piersiowej, nie mogłam oddychać. Pomyślałam: umieram. Wokół mnie chodził płaczący synek a ja nie mogłam się nim zająć. Serce waliło mi jak oszalałe. Ja jednak wcale się nie bałam. Miałam już dość mojego spapranego życia! Niech już przestanę oddychać i się skończy! Nic mi nie wyszło, nic nie wygląda tak jak powinno.

Jednak przeżyłam. Zaczęłam myśleć o zmianie. Jednak jak żyć? Model jaki obserwowałam w mojej rodzinie, nie odpowiadał mi. Próbowałam funkcjonować na trzeźwo, okazało się, że nie potrafię.

Szukałam motywacji: może syn? Nie miałam siły. Idąc pewnego dnia miastem, przechodziłam obok świątyni rzymsko – katolickiej. Może Bóg? – przyszło mi do głowy. Nigdy się Nim nie interesowałam, ale jeśli On jest, to powinien być w tym budynku – myślałam naiwnie i weszłam. Siedziałam w ławce czekając na jakieś objawienie, ale nic się nie stało. Wyszłam taka sama jak wcześniej. Bóg jednak widział mnie, wiedział, że potrzebuję pomocy.

Kilka dni później spotkałam koleżankę, z którą wcześniej uciekłam z domu. Rozmawiałyśmy o różnych rzeczach a na odchodnym dziewczyna powiedziała mi, że znalazła Jezusa, który jej pomógł i że On chce również pomóc. Mnie. Kilka zdań, które od niej usłyszałam sprawiły, że niespodziewanie dla mnie samej poczułam nadzieję, po raz pierwszy w życiu. Było tak, jakby zapaliło się jakieś światełko, jeszcze małe i dalekie, ale było!

Po powrocie do domu sięgnęłam po Biblię. Czytałam ją, gdy tylko byłam trzeźwa, gdy nic nie wzięłam. Jeśli jesteś Boże i to co tu czytam jest prawdą, to pozwól mi to zrozumieć, powtarzałam sobie w myślach, ale Bóg słyszał. Czytając tę Księgę wkrótce zrozumiałam jak grzesznym człowiekiem jestem, żałowałam swojego dotychczasowego postępowania i nie chciałam taka być.

Niedługo potem ta sama koleżanka zaprowadziła mnie na spotkanie grupy chrześcijan. Słuchałam zaskoczona w jaki sposób mówią o Bogu, jako o kimś kto interesuje się nimi, troszczy, jak o kimś, kogo obchodzą ich najmniejsze nawet sprawy. Takiego Boga chcę znać – pomyślałam. Kiedy wróciłam do domu, długo nie mogłam zasnąć. Wiedziałam, że to czas podjęcia decyzji: albo żyję tak jak dotąd i niedługo na pewno się wykończę, albo wybieram Jezusa i oddaję swoje życie w Jego ręce. Walczyłam z myślami całą noc. Nad ranem pomodliłam się. Tak jak umiałam, nieporadnie, wyznałam że potrzebuję Jezusa, potrzebuję Zbawiciela. Potem spokojnie zasnęłam. A rano wstałam już jako nowy człowiek.

Tego ranka obudziłam się z niezwykłym poczuciem lekkości i wielkiej radości w sercu. Wyszłam z domu, wydawało mi się jakbym frunęła przynajmniej metr nad ziemią. Pewna znajoma kobieta zobaczywszy mnie powiedziała: pani chyba się zakochała, taka pani odmieniona, aż oczy się pani śmieją? Zdziwiłam się, ale chwilę potem zrozumiałam: Tak, zakochałam się! Zakochałam się w Jezusie!

Od tego dnia, nie sięgnęłam już po narkotyki. Nie musiałam. Już nie były mi potrzebne, mało tego, nie chciałam ich, wydawały mi się czymś wręcz obrzydliwym. Spokojnie i bez żalu wyrzuciłam trawkę, którą jeszcze miałam. Wyrzuciłam igły i strzykawki, wiedząc, że to koniec, że nie jest i nie będzie mi to potrzebne. Stałam się nowym stworzeniem, to co było przeminęło.

Tak zaczęło się moje nowe życie, które trwa dziesięć lat. Życie, darowane mi przez Boga, dzięki ofierze Pana Jezusa na krzyżu. Dzięki dobremu Bogu nie tylko w jednej chwili przestałam być narkomanką, ale też zaczęłam odkrywać siebie na nowo. Mój Ojciec w niebie zatroszczył się o to bym skończyła niegdyś przerwaną naukę. Pomógł mi uwierzyć, że mam jakieś zdolności i talenty, że potrafię robić dobre rzeczy dla innych, że jestem wartościową osobą. Ale, to już zupełnie inna historia…

Donata Maliszak