Czy jest nadzieja na trwały pokój?

20 marca o godzinie 3:30 rozpoczęła się amerykańska ofensywa w Iraku. Dziś już wiadomo, że z powodu błędów popełnionych przez amerykańskie dowództwo, siły wysłane na Bliski Wschód są zbyt nieliczne, by wykonać plan wojny błyskawicznej, i wskutek tego wojna potrwa dłużej niż zapowiadano. To oznacza przede wszystkim jedno – więcej ofiar. O wiele więcej.

Nie podejmuję się oceniać, czy wojna jest słuszna, czy nie. Życie nie jest tak czarno-białe, jak tego chcieliby fanatycy z obu stron linii frontu, niezależnie czy są to ci, którzy wklejają na swoich stronach internetowych amerykańskie flagi i podpisują wielkimi literami „Niech Bóg błogosławi armię amerykańską” (jak szybko można zapomnieć o hitlerowskim „Gott mit uns”…), jak i ci, którzy w „obronie” pokoju napadają pod amerykańską ambasadą na tych, którzy te same flagi niosą. Zapewne prawdą jest to, że Saddam zamordował dużo więcej Irakijczyków niż zginie ich w wojnie, która doprowadzi do jego obalenia. Tak samo jak prawdą jest też i to, że wobec wielkich celów światowej polityki i nadziei na objęcie kontrolą roponośnych złóż Półwyspu Arabskiego, śmierć kilku tysięcy cywilów tak naprawdę wcale amerykańskich polityków zbyt wiele nie obchodzi. Przy milczącej zgodzie całej opinii międzynarodowej popełniono tysiące zbrodni przeciwko ludzkości, i dopóki w grę nie wchodziły pieniądze, nikt się tym specjalnie nie przejął. Szkoda złudzeń, że i tym razem „wyzwolenie narodu irackiego spod władzy dyktatora” miałoby być głównym celem kampanii.

Wiem tylko jedno. Niezależnie od tego, czy trzeba było rzeczywiście rozpętać tą wojnę, czy nie, codziennie giną w niej ludzie. Setki matek już nigdy nie zobaczą swoich synów. Żony opłakują swoich mężów, a dzieci ojców. Albo inaczej – to właśnie ojcowie rozpaczają nad swoimi dziećmi, które zginęły w czasie nalotu. Kiedy oglądam wiadomości w telewizji, po cichu zastanawiając się ile ludzkiego nieszczęścia kryje się za suchymi wiadomościami w stylu „siły koalicji opanowały miasto… ciężkie walki toczą się w rejonie… amerykańskie samoloty zbombardowały dziś…”, zadaję sobie pytania, jakie chyba zadaje sobie każdy z nas: dlaczego? kiedy to wszystko się skończy? co można zrobić, aby ludzie zamiast mordować się nawzajem, zaczęli wreszcie dążyć do pokoju? a Bóg, jeśli istnieje, dlaczego nie zrobiłby czegoś, żeby wreszcie coś się zmieniło?
Po koszmarze pierwszej wojny światowej stworzono Ligę Narodów, aby nie dopuścić, by coś podobnego wydarzyło się ponownie. Kiedy dwadzieścia lat później jednak się wydarzyło, stworzono Organizację Narodów Zjednoczonych, z równie żałosnym skutkiem. Jakichkolwiek by działań politycznych nie podejmowano, jeżeli nawet prowadziły one do pokoju, to na bardzo krótko. Niewątpliwie działania takie podejmować należy, i bez nich świat szybko stałby się koszmarem. Ale ich bezskuteczność w zapobieżeniu wojnie na dłuższą metę sprawia, że trzeba zaiste wielkiej wiary, by się łudzić, że doprowadzą do zaprowadzenia trwałego pokoju.

Inni twierdzą, że gdy zlikwiduje się nierówności gospodarcze między krajami biednymi a bogatymi, zniknie przyczyna, dla której wybuchają konflikty. Umyka ich uwadze, że pojawiają się one tak samo w krajach bogatych (niech Irlandia Północna i terrorystyczna działalność baskijskiej organizacji ETA w Hiszpanii posłużą za przykłady), a ich przyczyną, niezależnie od tego gdzie wybuchają, znacznie częściej są ludzka nienawiść, nietolerancja, żądza władzy i chorobliwa ambicja, niż jakiekolwiek problemy ekonomiczne. Tak więc, choć trzeba pochylić czoła przed ludźmi, którzy poświęcają się zniesieniu nierówności i niesieniu pomocy humanitarnej, jasno jak na dłoni widać, że nie tędy droga.

Jeszcze inni powiadają więc, że aby doprowadzić do pokoju potrzeba edukacji. Powoli, ale skutecznie (tak słyszymy), głosząc idee tolerancji, demokracji i poszanowania praw człowieka doprowadzi się do tego, że ludzie złożą broń, nauczą się żyć obok siebie i pokojowo rozwiązywać konflikty. Idee mają jednak to do siebie, że człowiekowi, który jest prześladowany i uciskany, wcale nie pomogą się obronić lepiej, niż gdyby sięgnął po broń. Historia pokazuje też nieubłaganie, że wobec ludzkiej nienawiści i żądzy zemsty, które popychają jednych przeciwko drugim, głoszenie wzniosłych idei jest równie skuteczne, co strzelanie z procy do nadjeżdżającej lokomotywy. Ogromna ilość wojen religijnych daje do myślenia tym, którzy sądzą, że szczytne hasła mają jakiś wpływ na zwykłych ludzi. Podobnie jak losy dyktatorów i zbrodniarzy, którzy doszli do władzy dzięki procedurom demokratycznym (z Hitlerem na czele) obnażają oczywistą śmieszność poglądu, że zaprowadzenie demokracji może w tej kwestii coś istotnego zmienić.

Tak naprawdę bowiem wojna drzemie w ludziach. Nie w sytuacji politycznej, stanie posiadania, ani przynależności religijnej. Ludzka nienawiść nie bierze się z zewnątrz, ale rodzi się i żyje wewnątrz. Żeby ją usunąć, nie wystarczy pouczyć i nakazać, tak jak nie można nakazać mrówce, aby stała się słoniem. Do tego trzeba by wymyślić sposób na to, aby naprawdę uczynić LUDZI innymi. Nie ich poglądy, ale ich samych. Sprawić, żeby tak jak w naturalny sposób rodzą się w nich odruchy do agresji i czynienia krzywdy, tak zaczęli sami z siebie kochać i szanować innych i troszczyć się o ich dobro. I to nie tylko w sytuacjach, kiedy jest to wygodne i przyjemne (to każdy głupi potrafi…), ale wtedy, kiedy zemsta wydaje się usprawiedliwiona, krzywda oczywista, a korzyści z wyrządzenia zła drugiemu nieodparcie kuszące. I zwłaszcza wtedy, kiedy kosztem czyjegoś nieszczęścia można osiągnąć większą władzę lub większe pieniądze. Jeśli osiągnie się to, że niezależnie jak silna będzie pokusa do zadawania zła, wybierze się dobro – osiągnie się pokój. Wreszcie.

Wojna drzemie w nas wszystkich. Nie istnieje podział na złych i dobrych. To tylko różne są sytuacje, w jakich ludzie się znajdują, i różna jest siła charakteru, dzięki której jedni częściej opierają się chęci czynienia krzywdy, a inni rzadziej. Zapewne niewielu z nas zostałoby mordercami na miarę Saddama. Ale to nie znaczy, że w zwykłych, codziennych sprawach, w domu, w rodzinie i na ulicy, nie postępujemy od czasu do czasu jak jego malutka miniaturka, woląc wybrać własną korzyść i wygodę za cenę krzywdy drugiego człowieka (choćby tak malutkiej, że wydaje się nam nic nie znacząca). Dopóki tak jest, pokój nie nastąpi. Zarówno wśród nas, jak na całym świecie.

Czy chcesz coś zrobić dla pokoju na świecie? Dobra, mądra rada głosi: chcąc zmieniać innych, zmień najpierw samego siebie. Żył kiedyś ktoś, kto to wiedział. W odróżnieniu od setek innych filozofów, polityków i nauczycieli wiedział, że nie wystarczy uczyć ludzi co mają robić. Jego słowa: „czemu się dziwicie, że wam powiedziałem, iż każdy z was musi się na nowo urodzić? nie ma innego sposobu…” są tak samo aktualne, jak kiedy zostały wypowiedziane. A wypowiedział je dwa tysiące lat temu, w Palestynie (gdzie znów w ostatnim półwieczu wybuchło tyle wojen, jak w mało którym miejscu…), Jezus z Nazaretu.

Nikt nie może ot tak, po prostu, postanowić nagle, że stanie się kimś innym. Inaczej będzie reagować, inaczej odnosić się do innych, do czego innego dążyć. Byłby to cud prawdziwy. I rzeczywiście tak jest – jest to cud. Ale cud, który jest możliwy.
Jak może się to stać? Jeśli chcesz zacząć nowe życie, zastanów się nad tym, które prowadzisz teraz. Co złego dzisiaj robisz? Jak krzywdzisz innych? Jak krzywdzisz samego siebie? Nie usprawiedliwiaj się przez porównywanie z innymi. Pomyśl, czy jest ci dobrze z tym, czy chcesz się od tego odwrócić? Jeśli dobrze, nie czytaj dalej. Masz do tego prawo; jedyne prawo jakiego w tym momencie nie będziesz już dłużej miał, to nazywać się pacyfistą, obrońcą pokoju, ani dobrym, sprawiedliwym człowiekiem.

Ale jeśli chcesz to zmienić, jest dobra wiadomość dla ciebie. Jezus zgodził się umrzeć za ciebie i za wszelkie zło, jakie popełniasz. Może i nie miałoby to wielkiego znaczenia, gdyby nie to, że nie tylko umarł, ale zrobił coś więcej – zmartwychwstał. Tak samo dzisiaj ci, którzy w niego wierzą, mogą umrzeć dla samych siebie, żeby powstać do życia, które jest już inne.
Nie jest to żaden slogan religijny, ani pusta idea. Jest to rzeczywistość, której doświadczyły miliony ludzi na całym świecie. Nie oznacza to życia łatwego i przyjemnego, ale oznacza możliwość znalezienia w Bogu siły do zmiany, jakiej nie masz w samym sobie. Nie jest to tylko (nawet nie przede wszystkim) sprawa tego, co się będzie z tobą działo po śmierci, ale tego jak żyjesz, i jak możesz żyć, dzisiaj.

Jeśli podjąłeś decyzję, sposób w jaki możesz ją zrealizować, to twoja wiara. Uwierz w to, co Jezus zrobił dla ciebie. Uwierz, że to wystarczy, aby Bóg ci przebaczył, a ty abyś mógł zaczął żyć inaczej. Jeżeli w tym momencie rzeczywiście zapragnąłeś zacząć żyć życiem, które jest dobre wobec Boga, On zrobił naprawdę wszystko, aby stało się to możliwe.
Jeżeli chcesz o tym porozmawiać lub dowiedzieć więcej, porozmawiaj z osobą, która dała ci ten artykuł. Jeżeli czytasz go w Internecie, kliknij tutaj aby skontaktować się z osobami, które go przygotowały. Być może nie będą potrafiły odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie chciałbyś zadać, ale na pewno postarają się zrobić to jak najlepiej.

A co do pokoju na świecie, hm… być może całkiem praktyczną rzeczą, jaką możesz się wobec pokoju przysłużyć, byłoby przesłanie tego artykułu dalej tym, których znasz?