Boże, gdzie jesteś?

Ojciec zostawił nas, gdy miałam 3 lata. Niewiele pamiętam z tego okresu. Jednak ta chwila, w której opuszczał nas, bardzo utkwiła mi w pamięci. Mieszkaliśmy wtedy u dziadków. Pamiętam, jak ojciec wychodził z domu z walizką w ręku, mówiąc „Nie chcę was znać”. Jako mała dziewczynka poczułam się odrzucona, niekochana, nieakceptowana. Wtedy to dziadkowie całą swoją uwagę skupili na mnie. Stali się nadopiekuńczy. Moje dzieciństwo wspominam dość dobrze, gdyż matka cały swój czas, energię, poświęciła dla mnie. Nigdy z jej strony nie poczułam najmniejszego odrzucenia. Bardzo mnie kochała, byłam z nią mocno związana emocjonalnie.

Czas pójścia do szkoły był dla mnie dość ciężki. Trudno mi było rozstać się z matką, jednak po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do tej nowej sytuacji. Pamiętam, że już w szkole średniej zaczęły się u mnie problemy emocjonalne. Zaczęłam odczuwać kołatanie serca i stany lękowe. Jako tak młoda dziewczyna (16-17 lat) zbytnio się tym wtedy nie przejmowałam. W drugiej klasie szkoły średniej zmarła mi babcia. Jej śmierć wstrząsnęła całą naszą rodziną. Bardzo to przeżyłam, była mi przecież taka bliska. Załamałam się, wpadłam w depresję i zaczęły się moje wizyty u psychologów.
Wtedy po raz pierwszy lekarz przepisał mi leki psychotropowe. Po jakimś czasie stan mój poprawił się, jednak już nie czułam się tak jak zawsze. Zaczęłam zamykać się na ludzi, unikałam przyjaciół, ze strony rodziny i znajomych czułam ogromne odrzucenie. Dzisiaj wiem, że nie było to prawdą, to ja swoją postawą odtrącałam ich. Chodzenie do szkoły sprawiało mi problemy, jednak postanowiłam, że ją ukończę.

Kiedy ją skończyłam, miałam 19 lat i wtedy moja mama zaczęła mieć poważne problemy zdrowotne. Lekarze wykryli u niej nowotwór wątroby. Mama wcześniej leczyła się na wątrobę, jednak wtedy nie mówiła mi, że to tak poważna choroba, ukrywała to przede mną. Stan jej zdrowia pogarszał się z miesiąca na miesiąc. Pewnej nocy zbudziła się, krzyknęła do mnie „Ratuj!”. Miała silny krwotok z ust i straciła przytomność. Zadzwoniłam po ciocię, jej siostrę. Przyjechała bardzo szybko i zawieźliśmy mamę do szpitala, stamtąd została przewieziona do kliniki w Poznaniu, gdzie po trzecim krwotoku zmarła.

Wołałam wtedy: „Boże, gdzie jesteś? Gdybyś istniał, nie pozwoliłbyś na to!”. Straciłam wiarę w Jego istnienie. Mój stan psychiczny pogarszał się. Straciłam wszystko co miałam – Matkę. Jednak został mi ktoś, kto również bardzo mnie kochał – mój dziadek i siostra mojej mamy. Zaczęli poświęcać mi dużo uwagi, pozwalali mi na wszystko, robili mi często prezenty, myśląc, że w ten sposób okażą mi miłość. Natomiast ja odczuwałam coraz większą pustkę wewnętrzną, stan przygnębienia, którego nie potrafię nawet opisać. Wpadłam w depresję. Wizyty u psychiatrów, terapeutów, masa leków uspokajających i psychotropowych (relanium, doxepin, zyprexa). Mój stan poprawiał się na 2-3 tygodnie, a potem to samo. Miałam dosyć życia, chciałam umrzeć, próbowałam odebrać sobie życie.

Nie mogłam też znieść swojej osoby, czułam się nie akceptowana. W tym czasie stwierdziłam, że jestem za gruba. Wpadłam w drugą skrajność, zaczęłam odmawiać sobie jedzenia. Nic nie jedząc i biorąc w tym samym czasie tabletki, doprowadziłam swój organizm do wycieńczenia (nie miałam siły wstać z łóżka). Waga spadła, a ja czułam się zadowolona z siebie, mimo stanu w jakim znajdował się mój organizm. Rodzina widząc co się ze mną dzieje, stwierdziła, że muszę się leczyć. I znów następne wizyty u psychologów, terapeutów. Rozpoznanie – „Jadłowstręt psychiczny”. Zaczęłam mieć wyrzuty że jem, więc tylko piłam. W ciągu dwóch miesięcy schudłam około 20 kg i wyglądałam strasznie.

Z pomocą lekarzy i rodziny wyszłam z tego, jednak stan przygnębienia został, doszły do tego ostre stany lękowe. Bałam się wyjść na ulicę, między ludzi. Zamykałam się w pokoju i nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Życie straciło sens, każdy dzień wydawał się taki sam. Doszłam do kresu sił, byłam zmęczona, znudzona swoją osobą. Chciałam umrzeć, brałam 25 tabletek psychotropowych dziennie. I pewnego dnia leżąc tak bez żadnej nadziei, wypowiedziałam słowa, których nigdy nie zapomnę: „Boże, jeżeli naprawdę istniejesz, pomóż mi wyjść z tego bagna”. I Bóg to usłyszał.
Nie minęło 10 minut, a zadzwonił do mnie mój psychiatra mówiąc, że powstał ośrodek terapeutyczny dla osób z podobnymi problemami i że tam na pewno mi pomogą. Na drugi dzień poszłam tam. Czułam się trochę nieswojo. Pamiętam to jak dziś – kiedy siedziałam podeszła do mnie kobieta, która była pielęgniarką w tym ośrodku. Uśmiechnęła się, zrobiła mi herbatę i zaczęłyśmy rozmawiać. Dużo mówiłam jej wtedy o swoich problemach. Nagle ona powiedziała do mnie, że jest ktoś, kto może mnie uzdrowić. Tą osobą jest Jezus Chrystus. Powiedziała do mnie: „On wszystkie twoje choroby wziął na siebie, abyś ty mogła żyć”. Wtedy pierwszy raz od długiego czasu pojawiła się w moim sercu nadzieja. Coś wewnątrz mnie pękło i po raz pierwszy od dawna mogłam płakać.

Pielęgniarka ta była osobą wierzącą i zaprosiła mnie do kościoła. Poszłam bardzo chętnie. Atmosfera jaka tam panowała, radość ludzi, uprzejmość, życzliwość, szacunek jaki mi okazali – nie potrafię tego opisać. Wtedy też ktoś zaprosił mnie do siebie do domu, tam wytłumaczył mi podstawy wiary. Spotykaliśmy się tak przez dwa tygodnie, codziennie. W końcu, po jednej z takich wizyt uklęknęłam w swoim domu, pomodliłam się prostą modlitwą, prosząc Boga o przebaczenie moich grzechów i o to, aby przyjął mnie taką, jaką jestem.

Jezus uczynił to! Po raz pierwszy poczułam się akceptowana taką, jaką jestem, czułam Jego miłość, jaką mnie darzy. Poczułam bezpieczeństwo, jakiego nikt mi nigdy nie dał. Jezus uzdrowił mnie! Minęło niespełna 1,5 roku od tamtych wydarzeń. Dziś, jako w pełni zdrowa osoba, nie biorę żadnych lekarstw. Lekarze porównując stan w jakim jestem dziś, z tym w jakim byłam jeszcze tak niedawno, rozkładają ręce i mogą uznać to jedynie za cud. Pisząc to chcę powiedzieć, że tylko Jezus Chrystus może zmienić nasze życie. Uzdrowić od wszelkich zranień, dać pokój, radość. Dziś każdy dzień jest dla mnie czymś nowym, a budząc się mam świadomość, że żyję dla mojego Pana i Zbawiciela – Jezusa Chrystusa.

Monika Knap