Anna Adamkiewicz

Wychowałam się w rodzinie, dla której tradycje miały większe znaczenie niż Bóg i relacje z Bogiem. W miejscowości, w której nauczono mnie, że Kościół to przecież budynek a nie wierzący…. uczęszczałam wówczas do Kościoła, którego ochoczo opuściłam kiedy mogłam już za siebie decydować. Miałam wrażenie, że jest to miejsce, do którego przychodzi się z musu i przez chwilę udaje się świętego, żeby po wyjściu znów być sobą i żyć chwilą i dbać tylko o siebie. Nie czułam tam Boga w działaniu, nie czułam Jego obecności i nie czułam, żeby troszczył się o mnie w jakikolwiek sposób. Przez cały okres liceum uważałam, że Boga nie ma i nie chciałam nawet o Nim słyszeć. Odrzucając to, co nie powinno mieć miejsca w Kościele, opuściłam zarówno Kościół jak i Boga. Słowo „modlitwa” było samo w sobie czymś, na co reagowałam prawie ucieczką. Cały okres liceum i potem studiów żyłam dla siebie i wiedziałam, że chcę być niezależna i robić co mi się podoba. Gdzieś pod koniec studiów czegoś mi w życiu brakowało, ale nie umiałam tego ani nazwać ani znaleźć. Była to jakaś taka pustka w sercu, której niczym nie mogłam wypełnić. Kolejne związki, przyjaciele, swoboda…. nic nie zapełniało tej dziwnej „pustki”.

A jednak w lutym 2010 roku w cudowny sposób stanęłam przez moimi bliskimi i wyznawałam, że Bóg jest moim Panem i Zbawicielem podczas chrztu. Tamtej chwili i w tym czasie kiedy mój świat zmieniał się i być może stawał na głowie i będąc radosną pomimo życia, które wówczas zaczęło płynąc jakby pod prąd w stosunku do tego, jak żyłam wcześniej. Wiele osób, które mnie znały/znają, dziwiły jak to się stało, że tamtego dnia stałam przed tymi, którzy wiedzieli jaka byłam nieprzychylna Bogu i jak bardzo Go kiedyś odrzucałam.

Nie mam wątpliwości, że każdy z nas jednak potrzebuje czegoś więcej w życiu niż monotonii i w pewnym momencie szuka tego „czegoś”, czego mu brakuje, by zapewnić tę pustkę w sercu i nie potrafi tego nawet zidentyfikować. W Bogu znalazłam to, czego tak naprawdę poszukiwałam przez długi czas, szukając Go nie tam gdzie trzeba. Interesowałam się też różnymi „religiami”, licząc, że jak znajdę to, co jest właściwe, to coś we mnie „kliknie” i zrozumiem, czego mi brakowało.

Bóg postawił na mojej drodze pod koniec studiów kogoś, kto kochał Go całym sercem i kiedy opowiadał mi o prawdziwym Bogu, kilkakrotnie łzy same cisnęły mi się na oczy i nie potrafiłam ich powstrzymać. Było to niesamowite i niewytłumaczalne dla mnie. Jakaś siła silniejsza ode mnie wyrażała się w tej radości, która była tak wspaniała, że łzy leciały samoczynnie. Z perspektywy czasu widzę jak potrzebne i „ratujące” były te momenty. Nie potrafiłam przestać o tym myśleć, nie potrafiłam tego zrozumieć, ale chciałam poznać lepiej tego Boga, o którym mi opowiedziano. Kupiłam sobie moją pierwszą Biblię i zabrałam się do czytania, niczego na początku nie rozumiejąc.

Zrozumiałam wówczas to, że Pan Jezus umarł za moje grzechy, że wystarczy przyjść w szczerości do Niego i że nie jest mi potrzebny żaden pośrednik, bo Pan Jezus jest Drogą, Prawdą i Życiem i że kocha mnie, każdego z nas. Dowiedziałam się również o wspaniałych rzeczy o Bogu, a których wcześniej nie słyszałam. Słowa te brzmiały tak uspokajająco i tak prawdziwie, że dotykały mojej duszy.

Kiedy zdecydowałam się na taką rozmowę z Bogiem (co wcale nie było skakaniem po chmurach) moje życie zaczęło się zmieniać. Zrozumiałam, że potrzebuję Bożego przebaczenia, a Bóg mi je łaskawie okazał. Przypomniałam sobie wiele strasznych rzeczy, które robiłam z pełną świadomością. Każdy grzech został wymazany, a ja czułam się jakbym na to nie zasługiwała i dało mi to ogromną radość i pokój a jednocześnie pragnienie poznawania Boga jeszcze bardziej. Dostrzegłam w końcu to, co tak usilnie odrzucałam przez całe życie. To co się działo potem nie było jak z bajki, ale wiem z perspektywy czasu, że to właśnie Bóg mnie prowadził. Ci którzy mnie znali, wiedzieli jak trudne zmiany zaszły w moim życiu w roku poprzedzającym chrzest i jak wiele straciłam wraz z próbą budowania związku nieopartego na Bożych zasadach. Utraciłam dobrą pracę, wynajęte mieszkanie, stabilizację, podróż życia która zakończyła się końcem związku, utraciłam swoją niezależność czy poleganie tylko na sobie – wszystko, co dodawało mi pewności siebie. Ale kiedy to wszystko straciłam, nie pozostało już nic innego jak tylko uchwycić się Pana, bowiem nie miałam siły, samej walczyć z taką samotnością i przeżyciami, jakie mnie dotknęły. I Bóg mi pomógł! Był ze mną! Prowadził mnie! W najbardziej nieoczekiwanym momencie, kiedy miałam wrażenie, że nie jestem w stanie zbudować już nic w swoim życiu, kiedy wszystko co miałam wyglądało jak gruzy dookoła, Pan mi pomógł! W sposób niesamowity i ze Swoją mocą! Po chrzcie mówiłam „Teraz już nie martwię się tym, co zeszłego roku straciłam, ale cieszę tym, co zyskałam – życiem wiecznym, a tego już mi nikt nie odbierze!”.

Dzisiaj, prawie cztery lata po chrzcie, widzę jak wierny jest Bóg i jak z niczego potrafi odbudować każde „naczynie” gotowe do pracy dla Niego. Wiem, że teraz mam przywilej nazywania się dzieckiem Bożym, wiem, że Bóg jest ze mną i mnie nie opuści oraz, że nie ma niczego na tym świecie co mogłoby mnie odłączyć od Jego miłości – absolutnie niczego. Znalazłam w Nim Przyjaciela, Zbawiciela, Nauczyciela, Kreatora wszystkiego co cieszy moje oczy. Znalazłam Boga żywego i działającego cały czas, troszczącego się o mnie i innych. Zmiany, jakie dokonywał w moim sercu są największym świadectwem Jego mocy i Jego działania. Nie wyobrażam sobie teraz pokonywania codziennych trudności sam na sam, bez Jego mocy i bez Jego Ducha Świętego i bez Jego prowadzenia! Zachęcam i ciebie do tego, aby do Boga przychodzić w szczerej modlitwie… jak?

Po prostu mów do Niego! On słyszy każde szczere serce, które Go poszukuje!